Rozdział II

II. ZATOPIONA W NIEWIDZIALNYM

7. Budowanie podstaw

Poruszyliśmy już kilka ważnych spraw, gdy chodzi o realizację materialnej strony fundacji - czyli budowy klasztoru. Myślę, że teraz czas przejść do duchowo – prawnej budowy nowego zgromadzenia, czyli jego ustaw - konstytucji. Kiedy Siostra zaczęła się tym zajmować?

Jak już o tym wspomnieliśmy, prace nad konstytucjami rozpoczęłam w czasie pobytu u sióstr benedyktynek w Przemyślu. Z tym, że wtedy przede wszystkim koncentrowałam się na tłumaczeniu konstytucji klasztoru w Nancy, chociaż starałam się na miarę moich sił i znajomości rzeczy przystosować je do polskich warunków i potrzeb. Był to dla mnie wielki i bardzo trudny problem.

Doskonale Siostrę rozumiem. Była Siostra najpierw bardzo młoda i miała tylko nowicjacki staż zakonny, czyli doświadczenie życia zakonnego równało się prawie zeru. Nie miała Siostra także odpowiedniego przygotowania teologicznego, nie mówiąc już o znajomości prawa kanonicznego, tak niezbędnego przy pracy nad konstytucjami. I wreszcie miały to być konstytucje sióstr dominikanek, ale ten Trzeci Zakon św. Dominika dopiero się formował i w konstytucjach następowały zmiany. A co najważniejsze, te konstytucje powinny być dostosowane do warunków i potrzeb polskich. W Polsce zaś w tym okresie zaczęły powstawać, jak grzyby po deszczu, zgromadzenia żeńskie zmierzające do podniesienia stanu umysłowego, religijnego i moralnego polskiej wsi, a więc zbliżone do celu, jaki od najmłodszych lat stawiała sobie siostra.

W Galicji sytuacja była jeszcze o tyle trudniejsza, że między ludnością wiejską a ziemiaństwem, skąd rekrutowały się najczęściej zakonnice, istniało duże napięcie. Pamięć o rabacji, czyli rzezi galicyjskiej, w czasie której zginęło wielu chłopów i ziemian była jak krwawiąca rana. A ponadto konstytucje miały zawierać rzecz niesłychanie ważną dla ducha zakonu, mianowicie zasadę umiejętnego łączenia w codziennym życiu, kontemplacji i działania, tak typową dla myśli św. Dominika. Nic więc dziwnego, że klęcznik, na którym modliła się siostra u benedyktynek, często był mokry od łez. Swoją odwagę podjęcia się tak trudnego dzieła w młodym wieku, musiała siostra okupić różnego rodzaju rozterkami i cierpieniem, bo to, co siostra robiła, przerastało jej siły - ale nie było wyboru, skoro raz powiedziała siostra Bogu: tak

Konstytucje trzeba było napisać, jeżeli miał powstać klasztor dominikanek polskich. W tym miejscu trzeba zauważyć, że św. Dominik tak właśnie postępował, jak to zrobił ojciec Jandel z Siostrą Kolumbą. Bardzo często młodym i niedoświadczonym zakonnikom polecał zakładanie nowych klasztorów, lub wysyłał ich, do pracy apostolskiej w terenie. W ten sposób osiągał kilka celów: weryfikował powołanie, uczył samodzielności i inicjatywy, a co najważniejsze – bycia z Bogiem w warunkach trudnych, czasem nawet ekstremalnych. Patrząc od tej strony na Siostrę można powiedzieć, że była Siostra nieodrodną duchową córką św. Dominika. Co Siostra na to?

Ma ksiądz rację. Nie ma co ukrywać, pisanie konstytucji było dla mnie wielkim problemem. Często po przeczytaniu tego, co już napisałam, dochodziłam do wniosku, że to nie tak. I zaczynałam pisać od nowa. A gdy dalej nie mogłam sobie poradzić, odkładałam pióro i szłam do kaplicy. Ile wtedy wylałam łez, to tylko jeden Pan Bóg wie. Moje modlitwy to było nieraz rozpaczliwe wołanie: Panie Jezu, już nie mogę, nie potrafię. Ty bierz pióro i pisz! Niezliczone razy pytałam Chrystusa: Co mam robić, jak to ująć, czy o to Ci chodzi? Przecież siostry mają być Twoje i służyć biednym ludziom, tak jak Ty służyłeś chodząc po ziemi? Ludzie ci są nieraz strasznie poranieni, skłóceni, obojętni na Twoje słowa. W oparciu o jakie zasady siostry powinny być formowane? Jakiego ducha winny mieć, by mogły do ludzi trafić z Twoim przesłaniem. Pomóż mi, proszę. Ty, który znasz serca ludzi i wiesz, jak jestem nieudolna i słaba. W kwestiach, z którymi sama nie mogła sobie poradzić, pisałam do ojca generała lub matki przełożonej klasztoru w Nancy. Pytałam miedzy innymi w sprawie klauzury i zależności od klasztoru w Nancy, którego konstytucje miały stanowić podstawę przygotowywanych przeze mnie ustaw.

Gdy chodzi o sprawy polskie, to odwoływałam się do swoich dziecięcych i dziewczęcych doświadczeń. I wtedy przed moimi oczyma stawali biedacy, których spotykałam na drogach i polach, albo gdy przychodzili do dworu, prosząc o zapomogę, kiedy głód lub choroba zaglądały do ich chat. Śledziłam też inne, powstające wówczas zakony, które szły w kierunku wielorakiej opieki nad polskim ludem.

Byłam też świadoma, że konstytucje, które przygotowywałam, będą weryfikowane nie tylko przez konsystorz i ojca generała, ale także przez życie. Dlatego koncentrowałam się przede wszystkim na tym, by były one zgodne z nauką Kościoła, miały ducha dominikańskiego i nastawienie na służbę ludziom i dążenie do doskonałości na drodze realizacji celu zakonu. Inne sprawy pozostawiałam temu, co przyniesie życie.

Myślę, ze postępowała Siostra bardzo roztropnie i nie myliła się w tym względzie, jak zresztą w wielu innych sprawach. Konstytucje bowiem jeszcze za życia Siostry uległy różnym modyfikacjom. Patrząc na dokonania Siostry w tzw. okresie benedyktyńskim, można powiedzieć, że poza odwagą Bóg dał Siostrze dar roztropności. Towarzyszyła siostrze świadomość, że to, co robi – jeżeli ma być dziełem Bożym – musi być omodlone, ale też przemyślane i tak ustawione, aby natura i łaska, kontemplacja i działanie, nie stały w opozycji do siebie, lecz się wspomagały. Jakie były jeszcze inne poczynania Siostry na rzecz przyszłego dzieła?

W tym okresie razem z matką, a zwłaszcza z księdzem Leszczyńskim, podejmowaliśmy wiele zabiegów, by zapoznać opinie publiczną z ideą nowego zakonu i zjednać dla sprawy fundacji szczególnie księży biskupów, okoliczne duchowieństwo, a także konsystorz. Czyniliśmy też stale wysiłki, by pozyskać odpowiednie środki na rzecz fundacji potrzebne nie tylko do budowy klasztoru, ale również, do zatwierdzenia zakonu przez Namiestnictwo.

Rozumiem, że już wtedy myślała Siostra o kandydatkach do swego zgromadzenia?

Oczywiście. Przebywając u sióstr benedyktynek rozglądałam się za aspirantkami. Wiedziałam bowiem, że dalsze losy przyszłego zgromadzenia będą zależeć od powołań. Zdawałam sobie sprawę także z tego, że sama nie będę mogła nawet osiedlić się w Wielowsi, że muszę przecież mieć jakieś towarzyszki. Pierwsze kontakty nawiązałam z Anielą Paulin, penitentką księdza Leszczyńskiego, z Katarzyną Murzyńską, która wiele lat spędziła w naszym domu w Jaśniszczach oraz dwiema innymi pannami: Anielą Kraus i Honoratą Gilewską, które czekały tylko na chwilę, gdy będzie można wstąpić do nowo organizującego się zgromadzenia.

Wszystko, co Siostra robiła w tym okresie, można nazwać przygotowywaniem całościowego podłoża pod przyszłe zgromadzenie. Chodziło przecież o podstawy materialne i duchowe, czyli konstytucje oraz kandydatki. Wymagało to wielkiego hartu ducha. Skąd Siostra czerpała siły do tego zadania?

To bardzo osobiste pytanie, ale odpowiem na nie. Z pewnością bardzo mi pomogli zaprzyjaźnieni i oddani ludzie. Ale tak naprawdę siły dawał mi Bóg. Gdyby nie modlitwa i Chrystus Eucharystyczny, to nie wiem czy starczyłoby mi sił przy moim słabym zdrowiu i tego rodzaju zadaniu. Byłam świadoma, że jeżeli moje wysiłki przyniosą jakiś efekt i powstanie nowe zgromadzenie – to jedynym jego twórcą będzie Bóg. Nigdy nie odwdzięczę się Bogu za Jego natchnienia i podtrzymywanie mnie na duchu, kiedy opadały siły i stawałam się bezradna jak dziecko.

W ramach budowania podwalin pod przyszłe zgromadzenie zdecydowała się Siostra osiąść w Wielowsi, zabierając ze sobą aspirantki. Kiedy to nastąpiło?

Wyjechałyśmy z Przemyśla w drugiej połowie maja1861 roku. Zabrałam ze sobą Katarzynę Murzyńską oraz Anielę Paulin. Ale zanim wyjechałyśmy, długo zastanawiałam się nad transportem. Miałam trochę dobra nagromadzonego na początek zakonnego życia, a do Wielowsi był przecież kawał drogi. Nie było rady trzeba było napisać do naszego dobrodzieja, księdza Leszczyńskiego, z prośbą o jakiś pojazd. Zamiast odpowiedzi na mój list pewnego dnia, przed klasztor sióstr benedyktynek w Przemyślu, zajechały dwie chłopskie furmanki.

Co? Nie przysłał odpowiednich powozów, jak przystało na Siostrę z zamożnego, ziemiańskiego dworu, przywykłą do powozów, wolantów i bryczek?!

Istotnie nie były to olśniewające pojazdy, a w zaprzęgach nie biły nerwowo kopytami cugowe konie, zwane z chłopska ,,cugantami”, lecz zwykłe szkapy z opuszczonymi łbami. Dla mnie jednak były to iście Eliaszowe wehikuły, które miały mnie porwać – nie tyle do nieba, jak Eliasza, ale w wyśniony, wymodlony i okupiony już cierpieniem świat, gdzie miało się spełnić moje życiowe zadanie.

Myślę, że te chłopskie wozy i droga, jaką siostra miała nimi przybyć z Przemyśla do Wielowsi, w sposób niezamierzony ilustrują to wszystko, co siostra będzie musiała przejść organizując nowy zakon. Jadąc takimi wozami odczuwa się każdą wyboistość drogi. Nic nie amortyzuje wstrząsów wynikających z nierówności traktu. Słońce pali niemiłosiernie, pył i kurz wdziera się wszędzie, a podczas deszczu wszystko przemaka do suchej nitki. Błoto spod kopyt końskich i kół nie oszczędza też siedzących na wozie – tak jak życie nie oszczędza tych, którzy chcą czegoś dokonać. Jak się siostra później przekonała, także siostrze życie niczego nie oszczędzało. Ale taki jest los wszystkich pionierów.

Jadąc wyboistymi drogami modliłam się: Boże prowadź! Boże Błogosław! Daj siły, by nie pokonały mnie trudności, bym się nigdy nie sprzeniewierzyła Tobie. By mnie nie złamała słabość ludzka, bym nie zwątpiła w sens tego, co mam robić, a przede wszystkim w Twoją obecność i pomoc, nawet wtedy, gdy stracę Cię z oczu i wydasz mi się taki daleki i obcy. Polecałam Bogu wszystko to, co oczyma wyobraźni widziałam przed sobą.

Panie Jezu – prosiłam dalej – Ty, który mówiłeś: pozwólcie dzieciom przyjść do mnie, spraw, bym była dla nich w Wielowsi i sąsiednich wsiach taka ja Ty. Pragnę im mówić o Tobie, Twoim Kościele, a przede wszystkim o tym, że Ty stale jesteś w Eucharystii, w krzyżach przydrożnych, które są znakami Twojej wielkiej miłości. Podpowiadaj mi słowa i myśli, które najprostszą drogą trafią do ich umysłów i serc. Chroń je przed zgorszeniem starszych, a także od chorób, głodu w czasie przednówków i od chłodu w okresie zimy. Otwórz serca właścicieli ziemskich, by zatroszczyli się o szkoły dla nich, a gdy bieda zajrzy do ich chat – by pospieszyli im z pomocą.

Modliłam się za chorych, prosząc Boga, by mnie i aspirantkom nie zbrakło odwagi, by pochylać się nad chorymi i umierającymi, zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że cierpią na zakaźne choroby: Panie Jezu, Ty wiesz jak jestem wrażliwa i chorowita. Ty wiesz, że moje towarzyszki nie mają żadnego doświadczenia w tego rodzaju pracy. Opiekuj się nami, Ty, który leczyłeś trędowatych, Ty, który przywracałeś wzrok niewidomym, opiekuj się nami i daj nam coś z ducha Twojej miłości.

Prosiłam Boga także o powołania: Wiesz, Panie Jezu, jak to jest ważne. Przyszłość fundacji i realizacja jej celów zależy od powołań. Jeżeli nawet znajdą się fundusze na budowę domu – brak kandydatek spowoduje jego upadek. Jestem świadoma, że powołanie jest darem łaski, że nie można go sobie dać. Dlatego proszę Cię, Miłosierny Boże, byś aspirantki, które jadą ze mną, obdarzył łaską wybrania, a one, żeby otwarły się na Twoje działanie.

Ty, który powołałeś pierwszych apostołów, a przez wieki miliony mężczyzn i kobiet do swojej służby, w tym naszego ojca św. Dominika i św. Jacka Odrowąża, Polaka, apostoła Rusi, który jak my, na wozach i piechotą, przemierzał ogromne przestrzenie, spraw, by do Trzeciego Zakonu Twojego sługi św. Dominika zgłaszały się kandydatki, by służyć Tobie i ludziom.

Potem modliłam za księdza Leszczyńskiego: Proszę Cię, Panie Jezu, by nasze relacje ułożyły się dobrze. Inaczej bowiem rzecz wygląda na odległość, a inaczej, gdy przyjdzie do bezpośredniej współpracy. Boże spraw – prosiłam – by nie było między nami istotnych różnic. Niech nie będzie między nami napięć, lub nie daj Boże nieporozumień. Jemu przecież tak wiele zawdzięczam ...

Modliłam się jeszcze za aktualnych i potencjalnych dobrodziejów, dzięki którym fundacja będzie się rozwijać. W myśli też układałam sobie sprawy, które po przyjeździe do Wielowsi będę starała się listownie przedstawić ojcu generałowi. Tak medytując i modląc się od czasu do czasu wymieniałam uwagi z aspirantkami na temat ludzi, których spotykałyśmy po drodze i tego, co nas czeka, gdy przyjedziemy już na miejsce przeznaczenia.

Z historii dziejów dominikanek wielowiejskich wiemy, że z podobnym niepokojem oczekiwał was ksiądz Leszczyński: Jak się ułożą nasze kontakty? – zastanawiał się. Czy Siostra będzie zadowolona z pomieszczeń, które przypominają raczej wiejską chatę, no, może nazaretański domek, a może nawet Betlejem, lecz nie klasztor? W razie czego, to udostępnię im swoją plebanię – myślał wielkodusznie. Mnie wystarczy to, co im przygotowałem. Zrobiłem, co mogłem – uspokajał się. Wdzięczny jestem Bogu za to, że dzięki Jego Opatrzności siostry zamieszkają w mojej parafii - mówił do siebie. Jestem przekonany, ze z przyjazdem sióstr zacznie się wreszcie coś dziać w parafii a w sercach ludzi zapanuje nowy duch – myślał optymistycznie. Tyle tutaj jest zaniedbań i zła. Brak właściwej katechizacji. Wiele dzieci nie umie nawet pacierza, nie mówiąc już o prawdach wiary. Wielu jest chorych pozbawionych jest jakiejkolwiek opieki nie tylko lekarskie, ale i ludzkiej. Szerzące się pijaństwo i wynikające z tego kłótnie rodzinne i sąsiedzkie, i zgorszenie. Myślę, że sama obecność sióstr, jeżeli nawet na początku niewiele będą mogły zrobić, dodatnio wpłynie na ludzi – rozumował wielowiejski proboszcz, czekając na przyjazd sióstr. I doczekał się.

Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień, tak przeze mnie, jak i księdza Leszczyńskiego. W czwartek, w uroczystość Bożego Ciała, 30 maja 1861 roku, o godz 14.00 wraz z aspirantkami, przyjechałyśmy do Wielowsi, by rozpocząć fundację. Ksiądz Leszczyński witał nas serdecznie, oprowadzając po przygotowanych pomieszczeniach i przepraszał za to, że nie mógł wygospodarować większego domu na tymczasowy klasztor. Serdecznie dziękowałam mu za wszystko i śmiejąc się zapewniałam, że dzięki temu ubóstwu bardziej zbliżymy się do biednych parafian.

Co działo się później?

Pierwszego czerwca, wraz ze swoimi towarzyszkami, złożyłam wizytę na zamku w Dzikowie kolatorce i dobrodziejce, hrabinie Tarnowskiej oraz jej synowi. Hrabina wyraziła nadzieję, że siostry staną się dobrym duchem dla okolicznych mieszkańców i szybko zjednają sobie serca ludzi. Żegnając się wręczyła mi kolejną ofiarę na rzecz nowego klasztoru i dodała kawał łachy wiślanej na połów ryb dla sióstr.

Kiedy spotkała się siostra z parafianami?

Spotkanie z parafianami nastąpiło po sumie, w pierwszą niedzielę czerwca. Po przedstawieniu mnie i aspirantek przez księdza proboszcza Leszczyńskiego, kobiety westchnęły: Taka drobna, taka młoda i taka śliczna, a oczy ma jak Najświętsza Panienka. Gdy to usłyszałam, mało nie spaliłam się ze wstydu, no – ale i to trzeba było znieść. Co ona będzie robiła wśród nas – biedaków? I wyciągały szyje, by mnie lepiej zobaczyć. Niektóre nawet zaczęły pochlipywać, użalając się nade mną. Bardzo mnie tym wzruszyły

Mężczyźni natomiast z niedowierzaniem patrzyli na moją niewielką posturę, a wiedząc już o budowie klasztoru i pracy, jaką miałam podjąć wśród ludzi, niektórzy nawet kręcili głowami i mówili po cichu: Nie poradzi. Nie da rady – za drobna... Ale gdy zabrałam głos, zebrani ludzie zamarli w bezruchu i zrobiła się taka cisza, jak w czasie podniesienia. Mówiłam bardzo prosto – tak z serca do serca: Urodziłam się tak, jak wy na wsi, z tym, że w dworze i nie zaznałam biedy jak wielu z was. Znam jednak wieś. Chodziłam tam z matką do chorych. Wielu wieśniaków przychodziło do moich rodziców, prosząc o pomoc i ratunek, zwłaszcza wtedy, gdy dotknęło ich jakieś nieszczęście: choroba, pożar lub głód. Widziałam niejedną łzę i różnego rodzaju cierpienia. Wiem, w jakich warunkach żyją ludzie w swoich zagrodach. Już wtedy, jako młodziutka dziewczyna powiedziałam sobie, że muszę coś zrobić dla wsi. Bolało mnie zwłaszcza to, że dzieci nie umiały czytać i pisać, że nie znały prawd wiary, że chodziły obdarte i od najwcześniejszych lat musiały ciężko pracować. Dlatego jestem tu z moimi towarzyszkami. Chcę z wami być, by wam pomóc w wychowaniu i nauce dzieci. Nauczymy ich czytać i pisać, a także prawd wiary. Ponadto pragniemy, w miarę naszych sił, opiekować się chorymi i służyć wam, czym tylko będziemy mogły. Wiem, że będzie trudno, bo na razie jesteśmy tylko trzy i nie mamy klasztoru. Ale z pomocą Bożą i waszą zrobimy wiele.

Jak zareagowali ludzie na Siostry przemówienie?

Gdy skończyłam, parafianie otoczyli mnie dokoła, cisnąc się, bo każdy chciał z bliska spojrzeć na mnie, a nawet dotknąć. Niektóre kobiety rzuciły się do całowania moich rąk. Byłam strasznie zawstydzona. Uśmiechając się przez łzy, wycofałam się do furty. Chętnie zapadłabym się pod ziemię. Tak się jednak nie stało. Schroniłam się jednak za św. Dominika i św. Katarzynę ze Sieny, patronów zgromadzenia, których obraz zawiesiłam nad wejściem do zakonnego domu . Tak skończyło się moje pierwsze spotkanie z ludźmi wielowiejskiej parafii.

Jakie były wasze dalsze działania?

W następnych dniach wraz z aspirantką Anielą Paulin złożyłam wizyty w kilku dworach – i to nie tylko kurtuazyjne. Kierowałam się potrzebą zapoznania się z punktem widzenia okolicznych ziemian na sprawę fundacji, jak również z ich religijnością. Wiedziałam bowiem, że dla wielu ziemian, praktyki religijne nie były niczym więcej, jak tylko obyczajem. Ponadto chciałam dać się poznać jako siostra, która poza religijnymi, stawiała sobie cele społeczne, patriotyczne i charytatywne. A ich realizacja, tak jak i budowa klasztoru, zależały w dużej mierze od ofiarności poszczególnych dworów.

Gdyby Siostra miała usposobienie i zacięcie kronikarskie, to byśmy się dowiedzieli, jak te wizyty wyglądały. Niestety, w notatkach nic na ten temat nie ma, choć wiemy co nieco, jaki duch panował w ówczesnych galicyjskich dworach... Proszę jednak powiedzieć, jak was przyjmowano?

Muszę stwierdzić, że na ogół byli to ludzie światli i z tzw. ambicjami. Dlatego nie brakło w czasie naszych wizyt duserów, krygowania się, tudzież odwołań do rodowodów i powiązań z wybitnymi osobistościami, tak historycznymi, jak i tymi, którzy odgrywali wówczas ważną rolę w Galicji, czy nawet Królestwie. Oddając im sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że byli to ludzie przesiąknięci duchem patriotyzmu i marzeniami o wolności. To, co bardzo mnie bolało, to ich niechętny stosunek do chłopstwa i ciągłe wspominanie rzezi galicyjskiej. Natomiast prawie nikt nie mówił o przyczynach tych nieszczęsnych wydarzeń. A przecież u ich podstaw leżała straszna niedola ludu wiejskiego. Nie zauważyłam też u nich woli poprawy warunków życia poddanych im chłopów. Gdy poruszałam ten problem, szybko zmieniali temat. Natomiast bardzo interesowała ich sprawa celu zgromadzenia i fundacji klasztoru. I w tym zakresie nie brakło pytań w rodzaju: Skąd siostra będzie miała fundusze na budowę klasztoru? Z czego siostry będą żyły? Co siostry zamierzają robić w Wielowsi i okolicy?”

Jak Siostra odpowiadała na te pytania?

Spodziewam się – mówiłam, uśmiechając się – że wy mi pomożecie zbudować klasztor. To będzie nasze wspólne dzieło. Pierwsze pieniądze, zapisy wpłynęły już od Tarnowskich. Reszta jest w ręku Boga i w waszych. Gdy chodzi o nasze utrzymanie – ciągnęłam dalej – to nam niewiele potrzeba i wierzę, że utrzymamy się z ofiar ludzi.

Przechodząc zaś do pracy jaką zamierzamy podjąć mówiłam o tym, co zapisałam w konstytucjach i co wypełniło moje myśli i serce: Chcemy pracować nad podniesieniem stanu moralnego i religijnego ludności wiejskiej; chcemy uczyć dzieci czytać i pisać, prawd wiary, chrześcijańskiego życia i miłości ojczyzny; chcemy opiekować się chorymi, biednymi. Chodzi nam o to, by w tej okolicy, gdzie my będziemy, nikt nie cierpiał i nie umierał w samotności. By ludzie, a zwłaszcza dzieci, nie marniały z głodu.

Kroniki odnotowały, że gdy Siostra mówiła na ten temat – zapalało się w oczach Siostry jakieś niezwykłe światło, twarz bladła, a z całej postaci biło zdecydowanie i siła, a równocześnie było w Siostrze tyle zdumiewającego ciepła i łagodności, które wprawiało w zdumienie obecnych w domu...

O niczym takim nie wiem, chociaż nie ukrywam, że robiłam to z całym przekonaniem. Gdy kończyłam mówić, zawsze na chwilę zapadało milczenie. Wtedy nie bardzo wiedziałam, co mam robić.

To bardzo ludzkie, Siostro. A słuchającym – jak mi wiadomo cisnęło się na usta pytanie: Skąd w tej drobnej zakonnicy tyle mocy i woli bezinteresownej pracy dla najbiedniejszych? A gdy siostra odjechała długo jeszcze trwały rozmowy na jej temat. Przy czym nie rzadko odzywało się u nich sumienie i pojawiała się myśl, czy oni, właściciele ziemscy, nie powinni czegoś zrobić, by ulżyć doli pańszczyźnianego chłopa. Po Siostry wizytach we dworach, w okolicy zaczęły rozchodzić się wieści, że w Wielowsi pojawiła się zdumiewająca zakonnica.

Być może, że tak rzeczywiście mówiono. Ale nie brakowało także ludzi, zwłaszcza wśród księży, choć nie tylko, niechętnych mnie i całej idei fundacji w Wielowsi.

Skąd brała się ta niechęć? Księża przecież nie zdążyli jeszcze nawet zapoznać się z siostrą. Jak wynika z zapisków, którymi dysponujemy, negatywna postawa wobec fundacji rodziła się na tle niechęci do księdza Leszczyńskiego, któremu zazdroszczono wykształcenia i obycia w świecie. Ponadto uważano go za dziwaka z tego względu, że nie utrzymywał on bliższego kontaktu z miejscowym duchowieństwem, a co gorsza – był inny. Miał ambicje intelektualne i zamiłowanie do sztuki, a teraz jeszcze – jak mówiono – zachciało mu się zostać fundatorem żeńskiego zakonu. Wielu ówczesnych duchownych, żyjąc na wsi i w izolacji od ośrodków kulturalnych, doszczętnie chłopiało, dlatego też inność wielowiejskiego proboszcza bardzo ich irytowała. Niechęć do księdza – opiekuna i protektora sióstr, uderzała także w Siostrę. Myślę, że to Siostrę bardzo bolało i niepokoiło?

To prawda, ale dzięki temu uczyłam się żyć i pracować, w nowej dla mnie sytuacji, czyli w stanie braku akceptacji ze strony pewnych ludzi.

Czasem jest to bardzo trudne...

Wiem…

Co było dalej?


8. O krok dalej

No cóż, stanął przed nami ogrom pracy. Zgłosiły się dwie nowe aspirantki, trzeba było poświęcić im czasu. I myśleć o utworzeniu nowicjatu, ale na to potrzebna była zgoda miejscowego biskupa. Należało dążyć do uregulowania sytuacji prawnej klasztoru, tak od strony kościelnej, jak i świeckiej Potrzebny był dyrektor zakonu, czyli ksiądz upoważniony przez biskupa, by zgodnie z jego intencją opiekował się zgromadzeniem. Była to bardzo ważna funkcja i w ówczesnym systemie prawnym wiązała się z daleko idącymi kompetencjami. Dlatego też trzeba było się zastanowić nad tym, o kogo prosić księdza biskupa.

Na porządku dziennym była również sprawa utrzymania sióstr, a także budowy klasztoru, nie mówiąc o podjęciu pracy wśród ludzi. Wszystko to spadało na moje barki, chociaż nie ukrywam, że już wtedy aspirantki bardzo mi pomagały.

Od czego zaczęła Siostra swoją aktywność w zakresie legalizacji osiedlenia się w Wielowsi ?

Od złożenia wizyty biskupowi Jasińskiemu. Ten, witając się ze mną po kilku uprzejmych słowach, zapytał wprost:
- Z czym przychodzisz moje dziecko?
- Mam dwie prośby do księdza biskupa.
- Niech siostra rozpocznie od pierwszej, bo ta z pewnością jest trudniejsza – żartował . - Bardzo proszę o wyznaczenie swego przedstawiciela do opieki nad naszym nowo powstającym zgromadzeniem. W myśl bowiem naszych konstytucji mamy być zależne od miejscowego biskupa ordynariusza.
- To bardzo ważna i odpowiedzialna funkcja – zauważył ksiądz biskup. Do tego potrzebny jest ksiądz pobożny, roztropny i rozumiejący życie zakonne. W przeciwnym razie może być z jego powodu więcej szkody niż pożytku. Kogo by tu wyznaczyć? – zastanawiał się.
- A może siostra ma jakaś propozycję? – zapytał.
Ja tylko czekałam na to pytanie.
- Niewielu jeszcze znam księży w diecezji – powiedziałam, ale wydaje mi się, że najodpowiedniejszym byłby proboszcz wielowiejski. Jest to człowiek wykształcony, głęboko religijny, który sam prowadzi iście zakonne życie Poza tym jest dobrym spowiednikiem i stanowczym człowiekiem. - Ksiądz Leszczyński, mówi siostra. Hm.... Znam go. To niezła propozycja. Ale boję się dwóch rzeczy: po pierwsze, może zbyt głęboko ingerować w wasze życie, a to nie byłoby korzystne dla zgromadzenia. Wy musicie mieć własną duchowość i własny sposób życia.
Ta obawa księdza biskupa, jak później okazało, była w pełni uzasadniona.
- Druga moja wątpliwość – ciągnął dalej ksiądz biskup – wiąże się z tym, że nie jest on lubiany w środowisku księży, co może ich niechętnie ustosunkować do sióstr .
- Już tego doświadczyłyśmy.
- A widzi siostra? Skoro jednak siostra o tym wie i nie boi się tego, to ja nie widzę poważniejszych przeszkód, by go na to stanowisko zamianować. Muszę jednak jeszcze z nim porozmawiać.
- A druga sprawa?
- Chciałam prosić księdza biskupa, jako naszego przełożonego, o wyrażenia zgody na otwarcie nowicjatu.
- Czy to nie za wcześnie? Ile siostra ma kandydatek?
- W tej chwili cztery, ale wiem, że jeżeli zakon ma zaistnieć koniecznie muszę troszczyć się o powołania, a dziewczęta, które się zgłaszają trzeba przygotowywać do życia zakonnego i realizacji naszego celu.

Biskup uważnie spojrzał na mnie, siedzącą na brzeżku fotela. Byłam spokojna i pełna jakiejś dziwnej ufności, że on pozytywnie ustosunkuje się do mojej prośby. Biskup zamyśliwszy się, po chwili powiedział:
- Niech siostra otwiera, nazwijmy to, ,,prywatny” nowicjat i stara się możliwie jak najszybciej przygotować konstytucje i przesłać je do konsystorza. Zatwierdzenie konstytucji jest niezbędne do tego, byście mogły zaistnieć zgodnie z prawem kanonicznym, a także, by w końcu mogło was zatwierdzić Namiestnictwo. Proszę również przysłać stosowne pisma w sprawach, o których mówiliśmy.
- Nie muszę ich przesyłać, gdyż mam je ze sobą?
- Czyżby siostra z góry wiedziała, że zgodzę się na propozycje siostry?
- Nie wiedziałam, ale słysząc wiele o dobroci księdza biskupa spodziewałam się, że mi nie odmówi, a poza tym modliłam się w tej sprawie...
- O widzę, że i niebo siostra wciągnęła w swoje plany. Dobrze, dobrze. Niech siostra przyjmie moje błogosławieństwo dla swego dzieła.

Audiencja była skończona.

Na kiedy Siostra zaplanowała otwarcie nowicjatu?

Na 8 sierpnia 1961 roku. Nowicjat miał mieć tzw. charakter prywatny, jako że zgromadzenie nie miało jeszcze formalnego statusu. Rozpocząć go miały cztery aspirantki: Aniela Paulin, Karolina Śpilczyńska, Aniela Kraus i Katarzyna Murzyńska.

Czy na tę uroczystość zjechali jacyś goście?

Przybyli okoliczni ziemianie na czele z hrabiną Tarnowską i jej synem Janem – największymi dobrodziejami nowo powstającego zakonu.

A oto, co odnotowały kroniki w sprawie tego wydarzenia. Niech Siostra posłucha: Młody hrabia Jan widząc licznie zgromadzonych parafian i zaproszonych gości mówił do matki: - Widzę, że nasza zakonniczka nieźle sobie poczyna. W tak krótkim czasie zjednać sobie tylu ludzi, to nie lada wyczyn. Gdy ją pierwszy raz zobaczyłem, miałem poważne wątpliwości, czy ona sobie poradzi ze stojącym przed nią zadaniem, a teraz widzę, że ta drobna osóbka to ścichapęk – Ja takich wątpliwości nie miałam – odpowiedziała hrabina. Ona ma w sobie coś, co można określić jako słabość i moc, co przy poczynaniach religijnych ma istotne znaczenie. Znam się na tym. A poza tym jest w niej jakieś światło nie z tego świata... – No, niech jej mama za życia nie robi świętą, bo mogą się jeszcze rożne rzeczy zdarzyć. – To prawda. Ale świętym staje się człowiek tu na ziemi. Wierzę, że ta zakonnica będzie naszą chlubą.

Były to iście prorocze słowa starej hrabiny, która nie tylko miała hojną rękę, ale też bystre spojrzenie i potrafiła dostrzec to, co było nieuchwytne dla innych. Widziała w Siostrze nie tylko ludzką determinację, ale też Boże światło.

Kto w czasie obłóczyn odprawiał Mszę św.?

Ojciec Kasjan Krycki, dominikanin, a kazanie wygłosił ksiądz Leszczyński, który mówił o świetle, które zaświeciło – jak mówił – nad nami. I rzeczywiście było to światło. Każde dzieło Boże jest jakimś światłem, a takim były pierwsze kroki w kierunku założenia zgromadzenia dominikanek w tej części Galicji.

To prawda. A poza tym było to światło, co zapewne miał na myśli ksiądz Leszczyński, którego nośnikiem była Siostra. Światło to stawało się coraz jaśniejsze, mimo, a może właśnie na skutek, różnych przeciwności i cierpień, których Siostrze nigdy nie brakowało. Nawet w dniu tych obłóczyn. Pisze o tym siostra Pasławska - autorka pierwszego życiorysu siostry. Nie uściślając jakie to było cierpienie, mówi tylko o wielkim krzyżu. Może Siostra teraz uchyli rąbka tajemnicy?

Już wszystko ofiarowałam Bogu. Mogę tylko powiedzieć, że w czasie Mszy św. kierowałam do Niego słowa wdzięczności. O ile pamiętam mówiłam tak:
Dzięki Ci niepojęty, a tak bliski w Eucharystycznej Ofierze Boże, za to, czego dokonałeś, dając mi to miejsce i takich ludzi, jak ksiądz Leszczyński, hrabina Tarnowska i wierni, którymi zapełniony jest kościół. Dziękuję za aspirantki, które zdecydowały się iść za Tobą. Dziękuję za wszystko, nawet za słabość moją. Jest ona dowodem na to, że ten powstający zakon, to Twoje dzieło.

A potem ukrywszy twarz w dłoniach błagałam: Dopomóż mi, Boże, w niesieniu krzyża, który na mnie spadł; dopomóż w wychowaniu nowicjuszek na dobre zakonnice; wspieraj rozwój dzieła, przed którym stoją zadania, jakie Ty wyznaczyłeś. Błagam Cię też o łaskę coraz większej wierności Tobie, by nie złamała mnie słabość ludzka, byś był dla mnie wszystkim do końca moich dni.

Co działo się później?

Po otwarciu nowicjatu stanęły przede mną bardzo pilne zadania. Najpierw była sprawa organizacji wewnętrznego życia klasztoru i wychowanie przyszłych dominikanek. Trzeba pamiętać, że w tym względzie nie miałam żadnego doświadczenia, poza tym, że sama przez rok byłam w nowicjacie. Ponadto miałam je wychowywać w duchu św. Dominika, to znaczy harmonijnie połączyć życie kontemplacyjne z czynnym, co było nowością w życiu żeńskiej gałęzi dominikanek. Wzoru takiego wychowania nie miałam w Nancy. Siostry wprawdzie prowadziły tam pensjonat, ale wszystko działo się na miejscu, prawie w ramach klasztoru. W Polsce miałam swoje podopieczne posłać do ludzi. Nie miałam też kogo się poradzić. Pisałam wprawdzie listy do ojca Jandela i matki Marii od św. Róży w Nancy, ale oni, poza ogólnymi wskazówkami, niewiele mogli mi pomóc. Ksiądz Leszczyński miał swoje widzenie rzeczy, które różniło się trochę od celu, jaki ja sobie stawiałam. Jedynym doradcą został tylko Chrystus i Jego nauka. Dlatego też mimo nawału pracy wiele czasu spędzałam na modlitwie u stóp Chrystusa w tabernakulum. Jak to zrobić? Jak ustawić to nasze życie? Jak wychowywać nowicjuszki? Tak nie wiele wiem – skarżyłam się przed Nim. W końcu sięgałam do św. Dominika mówiąc do siebie: Nie mam wyboru. Muszę tak postępować jak on z pierwszymi dominikanami. Będzie to kształcenie w rytmie wykonywanej pracy. Będę ich wysyłała w teren, do szkół, do chorych i z kwestą, przy równoczesnym ścisłym obowiązku wypełniania, w dostępny im sposób, zakonnych praktyk religijnych, takich jak: Msza św., rozmyślanie, brewiarz, czytanie duchowne, różaniec i inne modlitwy. Często będą musiały robić to w drodze lub w wolnych od zajęć chwilach. Z zasady nie będzie zwolnień w zakresie praktyk religijnych. Ale czy mogę to robić już teraz? Czy nie trzeba ich najpierw wprowadzić w ducha modlitwy, by chociaż trochę poznały jej smak?

Tego rodzaju pytania i wątpliwości towarzyszyły mi, gdy prowadziłam z nimi pierwsze zajęcia nowicjackie. W pracy formacyjnej pomagał mi trochę spowiednik ksiądz Leszczyński, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że przede wszystkim ode mnie i oczywiście łaski Bożej zależy, jakimi dominikankami będą nowicjuszki. Jakiego ducha będą miały. A jaki jest mój duch? – pytałam siebie. – Czy jestem wystarczająco ofiarna? Czy ja całkowicie należę do Boga? Czy Bóg jest dla mnie wszystkim? Czy na tyle kocham lud wiejski, chorych i cierpiących, by móc tę miłość przekazać innym? Przecież Ty, Panie, wiesz – modliłam się – że daje się to, co się ma. Dlatego proszę Cię, daj mi ducha swego, ducha gotowości na wszystko, ducha zjednoczenia z Tobą – chyba, że chcesz nowicjuszkom dać się bezpośrednio – poza mną. Może one są bardziej gotowe przyjąć Ciebie niż ja - mówiłam, mając świadomość swoich niedoskonałości. – Niech się dzieje Twoja święta wola. Wiarę głęboką daj nam wszystkim – prosiłam. – Gdy będziemy ją miały, żadne umartwienia i żadna praca nie będzie dla nas zbyt ciężka. Ona uczyni nas wolnymi, tak jak tego Ty pragniesz. Wiem, że Judasz dlatego Ciebie zdradził, Panie Jezu, że nie był wolny. Zbyt cenił polityczne znaczenie oraz dobra tego świata i chciał wykorzystać Twoją moc dla osiągnięcia własnych celów. Spraw, byś zawsze Ty był najważniejszy w naszym życiu.

Bardzo pięknie Siostra się modliła, a treść modlitw świadczy o duchu jaki Siostrę przenikał. Był to duch mocy i realizmu. Bardzo szybko to zauważono. Po wizytach złożonych przez Siostrę w okolicznych dworach oraz po rozpoczęciu nowicjatu i pierwszych odwiedzinach u chorych wieśniaków, o siostrach z Wielowsi zaczęło być głośno. Zachwycano się szczególnie młodziutką założycielką nowego zgromadzenia. Podkreślano, że jest bardzo prosta, skromna, serdeczna i całkowicie oddana Bogu i ludziom.

Znam te opowieści i z ich powodu jest mi dosyć ciężko. Gdyby oni mogli zajrzeć do mojej duszy, to by takich rzeczy nie mówili.

Rozumiem Siostrę, ale między innymi ta opinia spowodowała, że zaczęły zgłaszać się do was nowe aspirantki.

Być może, tak było i jestem za to Bogu bardzo wdzięczna, ale nigdy nie wolno zapominać, że każde autentyczne powołanie jest darem i Bożym wezwaniem. W związku z otwarciem nowicjatu, bardzo szybko pojawił się nowy poważny problem. Jako odpowiedzialnej za całe dzieło, musiałam często wyjeżdżać dla załatwienia różnych spraw, siłą rzeczy musiał mnie zastępować ksiądz Leszczyński, który jako jedyny, co nieco wiedział o formacji nowicjackiej i duchu dominikańskim. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nasze poglądy co do wizji życia zakonnego, były zgodne. Pod tym względem jednak on miał własny ideał nie tylko zakonnicy w ogóle, ale także dominikanki.

Niech Siostra powie jakie były jego poglądy w tej sprawie?

Zakonnica – jego zdaniem – powinna być osobą pełną Bożego ducha, pogodną i wesołą. Do zakonu – twierdził – nie nadają się osoby sentymentalne, rozmarzone i zbyt wiele czasu spędzające w kaplicy. Co gorsze, chciał, by od samego początku nosiły w sobie zadatki na taka siostrę, jaką on sobie wyobrażał. Zakonnice – mówił – powinny być powściągliwe w języku, zdolne do poskromienia ciekawości, pokorne, gotowe do heroizmu w imię miłości Boga i bliźniego. Nie znosił – jak to często podkreślał – aspirantek o płaczliwej pobożności. W związku z tym dokonywał wśród kandydatek ostrej selekcji, nie dopuszczając do nowicjatu dziewcząt, które nie odpowiadały jego wizji. Efektem jego postawy była mniejsza liczba zgłaszających się dziewcząt, a bardzo dobre kandydatki odchodziły do innych zakonów. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jego postawa zahamuje rozwój zgromadzenia i realizacje planów społeczno – religijnych. Niewiele jednak mogłam zrobić, dlatego że ksiądz Leszczyński działał zgodnie z uprawnieniami, jakie otrzymał od księdza biskupa, zresztą – jak już o tym mówiłam, na moja prośbę. Ponadto miał nade mną tę przewagę, iż byłam bardzo młodą osobą, a do tego jeszcze z niewielkim stażem zakonnym i zawsze mógł się odwołać do swego doświadczenia.

Czy nie mogła Siostra odbyć z nim zasadniczej rozmowy na ten temat?

Oczywiście, że mogłam i do takiej rozmowy w końcu doszło. - Czy ksiądz nie jest zbyt surowy i wymagający w stosunku kandydatek? Dziewczęta w postulacie nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, co to znaczy być zakonnicą?
- Być może – odpowiedział – ale one jak najszybciej winne uświadomić sobie, po co tu przyszły. Jeżeli tego nie zrobią, to uważam, że powinny odejść.
- Ja tak nie sądzę – replikowałam. – W powołanie wrasta się powoli. Ono nieraz po długim okresie wyłania się spod warstwy innych pragnień. A poza tym są różnego rodzaju wątpliwości, np. czy dany wybór jest słuszny. Ja po dzień dzisiejszy zmagam się myślą, czy nie powinnam wybrać zakonu ściśle kontemplacyjnego, a że tu jestem traktuję, to jako spełnienie woli Bożej. Ksiądz też przymierzał się do bernardynów, ale Bóg chciał inaczej…

Gdy padły te słowa ksiądz Leszczyński aż się poruszył na krześle, a po chwili powiedział:
- Może siostra ma rację, ale ja uważam, że na początku formowania się zakonu niezbędna jest ostra selekcja kandydatek. Chodzi bowiem o mocne i zdecydowane powołania pierwszych zakonnic. One będą stanowiły fundament zgromadzenia.
- To prawda – zgodziłam się – rzecz w tym, że my nie zawsze wiemy, co jest mocne, a co słabe. Powołanie jest łaską – darem Bożym, a Bóg udziela go komu chce, jak chce i kiedy chce. Św. Jana Vianney nie chciano dopuścić do święceń ze względu na wyjątkowo słabe zdolności, a później stał się chlubą Francji i całego Kościoła. Dajmy kandydatkom i Panu Bogu szansę w Wielowsi.

Ksiądz Leszczyński był wyraźnie zaskoczony zarówno argumentacją, stanowczością, jak i moim spokojem. Tutaj muszę dodać, że on był moim spowiednikiem i znał mnie dobrze. W końcu zapytał:
- Co siostra proponuje?
- Dwie rzeczy: by ksiądz pomagał postulantkom w odkrywaniu i rozwijaniu ich powołania, jeżeli jest ono na początku nawet bardzo słabe. Myślę, że skoro Pan Bóg je tu przysyłał, to wszystkim winniśmy dawać szansę. I po drugie, byśmy wspólnie ustalali, czy dana kandydatka rokuje, iż stanie się dobrą dominikanką.
- Czy siostra ma jeszcze jakieś życzenie? – zapytał.
- Proszę, by ksiądz okazywał więcej serca kandydatkom wrażliwym i zalęknionym, bo i takie się zgłaszają. A stan lęku nie jest najlepszym klimatem dla rozwoju powołania. Zresztą oboje musimy pamiętać, że dla wszystkich kandydatek jest to nowy świat – inny od tego, w jakim dotąd żyły. Poza tym uważam, że na każdą kandydatkę trzeba patrzeć w kontekście środowiska, z jakiego przybyła; jej naturalnych i religijnych danych, czyli trzeba je traktować indywidualnie. Czasem może nas denerwować ich pierwotna, obyczajowa, albo zbyt sentymentalna pobożność. Bóg, jak wskazuje na to doświadczenie, powołuje ludzi z całym bagażem ich dotychczasowych doświadczeń, dobrych i złych. Przy czym uważam, że najważniejsze jest powołanie, reszta jest do wypracowania, przy dobrym kierownictwie i dobrej woli kandydatki.

Jak ksiądz Leszczyński odbierał Siostry uwagi?

Wydaje mi się, że z dużym zakłopotaniem. Nie spodziewał się, że mój pogląd na wychowanie różni się od jego wychowawczych i ascetycznych wizji. Poza tym myślę, że moja stanowczość w pewnym stopniu go zaskoczyła. Zaistniała bowiem taka sytuacja, że oto młoda zakonnica – do tego jeszcze jego penitentka – nie zamierzała, gdy chodzi o sprawy zakonu, wypuszczać cugli z rąk. Ponadto nie zgadzał się z niektórymi moimi postulatami. Sam będąc wiele wymagającym od siebie rygorystą, w podobnym duchu chciał też kształtować siostry, oddane jego kierownictwu.

Czy tylko tę jedną rozmowę Siostra z nim odbyła?

Było ich kilka. Kolejna rozmowa dotyczyła pracy sióstr wśród ludu.

Niech Siostra opowie o jej przebiegu.

- Chciałybyśmy – rozpoczęłam – w najbliższym czasie podjąć systematyczną pracę – o ile, oczywiście, ksiądz proboszcz pozwoli – na rzecz ludzi, najpierw w naszej parafii, a potem także w innych.
- Dobrze – zgodził się, ksiądz Leszczyński – rzecz jednak w tym, że gdy chodzi o naukę religii, moja zgoda nie wystarczy – potrzebne jest na to jeszcze przyzwolenie księdza biskupa.
- Właśnie o taką zgodę mam zamiar do niego wystąpić. Nie chciałam tego robić bez uzgodnienia z księdzem i bez księdza rady.
- W jakim kierunku chciałybyście prowadzić swoją pracę?
- Jak ksiądz wie, nawet lepiej ode mnie, wśród naszych wieśniaków, oprócz różnego rodzaju niedostatków, które są wynikiem nierówności społecznej, jest wiele ciemnoty, zabobonów, a także rodzącej się niechęci do Kościoła. Brak też wśród ludności wiejskiej zainteresowania sprawami narodowymi. Dlatego chciałybyśmy pracować na rzecz podniesienia oświaty. Chcemy ich nauczyć czytać i pisać zapoznać z dziejami ojczystymi, a przede wszystkim z prawdami wiary i zasadami moralności chrześcijańskiej. Tylko człowiek światły jest w stanie zrozumieć swoje obowiązki wobec Boga i ojczyzny. - Jak to sobie siostra wyobraża? – zapytał.
- Będę mówiła o tym, co chciałybyśmy robić docelowo. Na początku podejmiemy tylko te zajęcia, które przy naszej małej liczbie będziemy mogły wykonać. Planujemy jednak porządnie prowadzić, w schludnie urządzonej szkole parafialnej, zajęcia przewidziane przez status szkół prywatnych. W niedziele i święta będziemy jeździły do wsi należących do parafii w celu katechizacji dzieci i dorosłych. Dołożymy też starań, by wszystkie dzieci w parafii dobrze przygotować do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Otoczymy opieką duchową, na miarę naszych możliwości, bractwa złożone z dzieci i dorosłych dziewcząt”.
- A co z chorymi? – przerwał mi ksiądz proboszcz.
- Właśnie mam zamiar o nich mówić. Wiem, że chorzy to oczko w głowie księdza proboszcza. Będziemy po domach odwiedzały chorych i śpieszyły z pomocą na każde wezwanie, tak w dzień, jak i w nocy. Chorym zgłaszającym się do furty klasztornej udzielimy dostępnej nam pomocy w zakresie lekarstw, zwłaszcza takich jakie będziemy przyrządzały domowym sposobem. Ponadto będziemy się modlić przy konających, a zwłokom zmarłych towarzyszyć na cmentarz.
- Program jest bardzo piękny i bogaty, ale ja wolałbym, żeby siostry więcej uwagi poświeciły chorym. Mam tu na myśli nie tylko odwiedziny, i ale pielęgnację chorych. Tak sobie wyobrażałem pracę dominikanek w mojej parafii...
- Rozumiem księdza proboszcza, ale stała pielęgnacja uniemożliwiałaby nam prowadzenie religijnego i wspólnotowego życia czego wymagają nasze konstytucje. Dlatego do pielęgnacji chorych będziemy się starały przysposobić kogoś z rodziny lub sąsiedztwa.
- To nie to samo. Czegoś innego spodziewałem się po siostrach – powiedział wyraźnie niezadowolony ksiądz Leszczyński. - No, ale zobaczymy, jak praca sióstr będzie wyglądała w praktyce. W tym momencie poproszono księdza do kancelarii i rozmowa została przerwana.
Wychodząc od księdza proboszcza byłam lekko zaniepokojona. Oto po raz kolejny doszło do różnicy zdań z dyrektorem i ojcem duchownym zakonu, a ponadto moim kierownikiem duchowym, którego sama wybrałam. Co to znaczy? – pytałam siebie. Czyżby nasze drogi się rozchodziły? – Panie Boże, proszę Cię o światło – modliłam się. Nie dopuść, by miedzy nami doszło do poważniejszego konfliktu. Byłoby to szkodliwe dla mnie osobiście, jak i – co ważniejsze – dla całego dzieła.


9. W służbie ludności wiejskiej

Jak wyglądały początki waszej pracy w środowisku wiejskim?

Zanim kandydatki rozpoczęły pracę wśród ludzi dokonałam rozpoznania sytuacji w parafii wielowiejskiej. Już w piątym dniu po osiedleniu się w Wielowsi, czyli 4 czerwca 1861 roku odwiedziłam w Sielcu pierwszego chorego wieśniaka Jakuba Gronkę.

Czyli, zanim jeszcze doszło do rozmów na ten temat z księdzem Leszczyńskim?

Tak. W ten sposób naocznie przekonałam się o sytuacji, w jakiej znajdują się chorzy, a równocześnie było to niejako praktyczne potwierdzenie priorytetu wyznaczonego sobie i zgromadzeniu.

Zdumiewa mnie Siostra swoim realizmem...

Siostrom idącym do chorych mówiłam: Pielęgnujcie chorych z wielką miłością, wtedy przyniesiecie ulgę nie tylko ciału, ale także chorej duszy. Dlatego niech wam nigdy nie zabraknie dla nich serca. Pamiętajcie, że w chorych i cierpiących spotykacie samego Chrystusa, męża boleści nie tylko fizycznej, lecz i duchowej. Świadomość tego faktu pozwoli wam pracować jeszcze ofiarniej, a równocześnie ściślej zjednoczyć się z Bogiem i doświadczyć Jego obecności, a to jest niezwykle ważne dla waszego rozwoju duchowego. Akcentując ten moment zdawałam sobie sprawę z tego, że postulantki, a później siostry, wychodząc do ludzi, bardzo łatwo będą mogły stracić Chrystusa z pola widzenia. A to dla niejednej z nich mogłoby się skończyć utratą powołania.

Pisano, że Siostra nie tylko wysyłała postulantki, ale sama również, gdy tylko mogła, szła do chorych. Podobno swoją dobrocią i serdecznością jaką okazywała Siostra chorym, leczyła nie tylko ciała lecz i dusze. Budziła nadzieję i wolę życia, która wyzwalała w organizmie ukryte siły, ułatwiające powrót do zdrowia. Nigdy nie zapominała Siostra o tym, by zwracać im uwagę, że w swoim cierpieniu nie są osamotnieni. Że podobnie jak oni, cierpi bardzo wielu ludzi, a co najważniejsze, że jest z nimi cierpiący Chrystus. Nieuleczalnie chorych przygotowywała Siostra do przyjęcia sakramentu – jak się wówczas mówiło – ostatniego namaszczenia. Chorzy często pytali: czy Siostra starsza przyjdzie? A gdy przyszła i chociaż przez chwilę z nimi porozmawiała, wstępował w nich nowy duch i budziła się chęć życia, zwłaszcza u tych, którzy czekali tylko na śmierć. Ciężko chorzy bardzo prosili o to, ażeby Siostra była przy nich, gdy będą odchodzić do wieczności. Mówili: będzie nam łatwiej umierać.

Widzi ksiądz, jak łatwo tworzy się legendy. W tym, co ludzie mówili o mnie, była tylko część prawdy. Ale nie dziwię się tym opowieściom. Nasze pojawienie się w wiejskich chatach było w tych stronach czymś niezwykłym. Dlatego też ludzie za każdy objaw serdeczności i współczucia byli pełni wdzięczności i tak ją wyrażali, jak potrafili...

Dlatego z siostrami, które miały udać się w teren, odbyłam szereg rozmów tak na temat chorych, nauki w szkole, katechizacji dzieci, jak i innych spraw związanych z naszą służbą ludowi. Musiałam się jednak najpierw sama zorientować, jak rzecz wygląda zarówno w naszej jak i w sąsiednich parafiach.

W tym celu przeprowadziłam cały szereg rozmów z księdzem Leszczyńskim, i innymi osobami. Ponadto sama, gdy tylko mogłam, chodziłam do chorych i rozmawiałam z ludźmi. Mogłam później mówić do postulantek i nowicjuszek także w oparciu o to, co sama zaobserwowałam i czego doświadczyłam.

Do jakich wniosków Siostra doszła?

Szybko się zorientowałam, że parafia wielowiejska niewiele się różniła od innych w zakresie szkolnictwa oraz opieki nad ludźmi chorymi i biednymi. A rzeczywistość galicyjska, chociaż lepsza niż w zaborze rosyjskim, pozostawiała wiele do życzenia, by nie powiedzieć, że była wręcz zła.

To znaczy, że poza formacją zakonną i duchową, informowała Siostra swoje postulantki i nowicjuszki o świecie, do jakiego miały iść jako zakonnice, a także uczyła je Siostra właściwego kontaktu z ludźmi?

To było niezbędne.
– Czy wiecie – mówiłam do nich w czasie pierwszej rozmowy – że prawie wszystkie wiejskie szkoły w Galicji są pod opieką księży proboszczów? Kandydatki skinęły głowami na znak, że wiedzą o tym. - Niestety, większość z tych szkół, tak od strony lokalowej, jak i poziomu nauczania, pozostawia wiele do życzenia. Postulantki prawie jednym głosem zapytały:
- Dlaczego? Przecież Kościołowi musi zależeć na oświacie i religijności nie tylko ludzi bogatych, ale i biednych.
- Sprawa jest bardzo złożona – wyjaśniałam. Księża proboszczowie nie mają funduszy na budowę nowych i odpowiednie utrzymanie już istniejących budynków szkolnych. Nauka bardzo często odbywa się w jakiejś starej wikarówce lub plebanii.
- A czy rodzice dzieci nie mogli by pomóc w tym zakresie? – zapytała jedna z postulantek, która wychowała się w mieście.
- Niestety, nie. Większość mieszkańców wsi to bardzo biedni ludzie, którzy sami nie mogą związać końca z końcem i często do ich chat zagląda głód. A poza tym, co jest smutne, ciągle jeszcze nie doceniają znaczenia oświaty i albo w ogóle nie posyłają dzieci do szkoły, albo tylko przez dwa lata, a nie przez sześć, jak powinni.
- Czy z tego właśnie powodu nauka odbywa się tylko przez pół roku? – zapytała inna z przyszłych sióstr nauczycielek.
- Nie tylko. Wiejskie dzieci w okresie letnim muszą pracować w gospodarstwie i dlatego późną wiosną, latem i jesienią nie ma nauki w szkole. Poza tym – mówiłam dalej – w wiejskich szkołach brak wykwalifikowanych nauczycieli. Wszystkich przedmiotów, łącznie z religią, uczy najczęściej organista, który przy tym bywa bardzo słabo wynagradzany. Najczęściej dwa razy do roku otrzymuje trochę zboża i innych produktów. Dlatego nie należy się dziwić, że dzieci po ukończeniu takiej szkoły zaledwie potrafią trochę czytać i pisać.
- A jak jest w naszej, wielowiejskiej, parafii? – zapytała jedna ze niedawno przybyłych aspirantek.
- Gdy chodzi o Wielowieś, to w tej miejscowości, jak i w innych, do roku 1835 dzieci nie pobierały żadnej nauki. Dlatego nikt tu nie umiał czytać i pisać. Usłyszawszy to przyszłe zakonnice, aż się poruszyły na krzesłach.
- Zmiana nastąpiła dopiero w 1835 roku. Tutejszy proboszcz, ksiądz Baczyński zorganizował przy kościele szkołę parafialną, którą sam kierował. Nauka, o ile wiem, odbywała się u organisty Wurasadowicza. Dzieci uczyły się katechizmu, czytania i pisania. Nauka trwała od listopada do końca kwietnia. Za naukę rodzice zobowiązali się płacić organiście jeden złoty reński rocznie. Czy płacili? – tego nie wiem. Wiem natomiast, ze wielu wieśniaków uchylało się od posyłania dzieci do szkoły lub posyłało tylko przez jedną lub dwie zimy. Takie podejście do nauki nie przyniosło pożądanych wyników. Niejedno dziecko opuszczając szkołę nie umiało ani pisać, ani czytać. W ten sposób nauka odbywała się do roku 1860, wtedy nauczycielem został Franciszek Honorowski. Dzieci gromadziły się właśnie w tym domku, gdzie teraz mieszkamy. Nauczyciel mieszkał we wsi. Za naukę od jednego dziecka otrzymywał rocznie jeden złoty reński i codziennie w innym domu przygotowywano mu posiłek. O tym, jak odbywała się nauka od czasu, gdy proboszczem został ksiądz Leszczyński, on sam wam najlepiej opowie. Zapozna was też z podręcznikami, z jakich korzystać będziecie, ucząc dzieci.

Uchylając się od naświetlania stanu oświaty w naszej parafii, w której rzecz wyglądała podobnie jak w innych, chciałam uniknąć czegokolwiek, co rzucałoby cień na naszego proboszcza. Podkreślałam jednak, że jest on tu proboszczem niedługo, a nas właśnie dlatego sprowadził do Wielowsi, byśmy pomogły mu w pracy nad podniesieniem poziomu nauczania wśród ludu.

Po omówieniu spraw związanych z nauczaniem – co zajęło mi kilka dni – przeszłam do scharakteryzowania sytuacji zdrowotnej ówczesnej wsi galicyjskiej:
- Oprócz biedy, kurnych chat – mówiłam – składających się bardzo często z jednej izby, w której nierzadko razem z ludźmi przebywają kury i inne pomniejsze zwierzęta hodowlane, największą plagą jest głód i choroby, na które umiera bardzo wielu ludzi, a zwłaszcza dzieci - stwierdziłam ze smutkiem – same widzicie, ile jest różnego rodzaju pogrzebów
- Na jakie choroby najczęściej zapadają tutaj ludzie? – zapytały zasłuchane postulantki.
- Taką chorobą, na którą, podczas epidemii umiera najwięcej ludzi, jest cholera. Na drugim miejscu należy wymienić suchoty. Umiera na nie szczególnie dużo dzieci i młodzieży. Dalej idzie dur brzuszny i hiszpanka. Poza tym wśród ludności wiejskiej często występują choroby skórne. Nie są to raczej przypadki śmiertelne, ale bardzo przykre.

Gdy mówiłam o chorobach, aspirantki i postulantki aż pobladły z wrażenia. Uświadomiły sobie, że będą musiały iść do chat tych chorych i opiekować się nimi. Muszę przyznać, że były to dziewczęta bardzo ofiarne i wyraziły natychmiastową gotowość udania się do chorych. - Powoli, powoli – mówiłam – wszystko w swoim czasie.
Cieszyłam się jednak bardzo, że te młode kandydatki do zakonu, mimo normalnego zabezpieczenia przed zarażeniem się, były gotowe poświecić się służbie chorym i potrzebującym.
- Jeszcze jedno chcę wam powiedzieć: idąc do wiejskich chat spotkacie się nieraz z brudem i wielką nędzą. Nie wolno wam się zrażać, nie wolno się dziwić i robić uwag pod adresem tych prostych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że nawet przy wielkim niedostatku można postarać się o pewien ład, porządek i czystość w izbie. Trzeba jednak pamiętać, że tych ludzi nikt nie nauczył innego sposobu życia. Oni tak żyją od pokoleń. I to dopiero my mamy podjąć wysiłek, by im pomóc wyjść z tego świata niedoli i bylejakości. Ale trzeba to robić niezwykle taktownie, by nie urazić ich godności i uczuć. Nie ukrywam, że niejedna z was będzie musiała sama posprzątać mieszkanie, przeprać bieliznę chorego lub postarać się o nią. Taka w największym skrócie jest rzeczywistość, z jaką się zetkniecie. Jak się kiedyś przekonacie, nie jest to mój wymysł, ale tradycja Trzeciego Zakonu św. Dominika. Dominikanki zawsze szły tam, gdzie było najwięcej nędzy i największe zagrożenie dla zdrowia i życia. A taka potrzeba i takie zagrożenie jest aktualnie na wsi galicyjskiej.

Po tych naukach, młodziutkie postulantki, na początku razem ze mną, a później tylko pod moim okiem rozpoczęły pracę w szkole i wśród chorych.

Kiedy rozpoczynała się nauka w szkołach parafialnych?

Rozpoczęcie nauki, zgodnie z miejscową tradycją, miało miejsce w dniu 3 listopada 1861 roku, a więc w pięć miesięcy po osiedleniu się sióstr w Wielowsi. Do szkoły w pierwszym roku zgłoszono czterdzieścioro ośmioro dzieci: nie tylko z Wielowsi, ale także z odległej o dwa kilometry wsi Koćmierzów. Później, z każdym rokiem, uczęszczało ich coraz więcej. Program szkolny rozłożony był na trzy lata nauki, ale ze względu na to, że dzieci nie uczęszczały do szkoły w miesiącach letnich, materiał rozłożono na sześć lat. Naukę rozpoczynały w siódmym roku życia, a kończyły w trzynastym. Ze względu na brak izb szkolnych siostry przyjmowały dzieci do szkoły najpierw co trzy lata (to znaczy wtedy, gdy jedne kończyły naukę i zwalniały sale), a potem co dwa lata.

Nauczanie rozpoczynało się o godz. 8.00. Z powodu braku zegarów we wsi, siostry o godz. 7.30 dawały znak kościelnym dzwonem, że już czas do szkoły. Lekcje trwały do godz. 12.00 W południe dzieci udawały się do domów na obiad, a potem jeszcze przychodziły do szkoły na dwie godziny.

Nauczanie w szkole wielowiejskiej oparte było na programach szkół ludowych. Obejmowało ono: historię biblijną, katechizm, liturgikę, czytanie, pisanie, kaligrafię, ćwiczenia ortograficzne, stylistyczne i gramatykę. Uczono także rachunków, geografii, historii naturalnej i śpiewu. Dziewczęta uczyły się robót kobiecych i praktycznie wszystkich zajęć domowych. Kładziono też duży nacisk na wychowanie religijne. Szkoła w Wielowsi była szkołą prywatną. Mimo to często wizytowali ją państwowi inspektorzy i z uznaniem wyrażali się o pracy sióstr nauczycielek.

Czy Siostra także uczyła w szkole?

Początkowo, tak. Później, gdy tylko pozwalał mi na to czas, wpadałam na lekcje, by przysłuchać się sposobowi prowadzenia lekcji i odpowiedziom uczących się dzieci. Mimo, że byłam na ogół zadowolona z pracy sióstr i postępów uczniów, martwiłam się, że stosunkowo niewielki procent dzieci uczęszcza na lekcje.
- Musimy temu zaradzić - mówiłam do sióstr w czasie jednej z rekreacji.
- Ale jak? - pytały siostry nauczycielki.
- Gdzie dzieci najczęściej się gromadzą? – zapytałam.
- Na gromadzkich pastwiskach, gdy razem pasą bydło, w czasie zabaw na wiejskich ulicach, chłopcy zbierają się nad stawem, gdzie grają w pikora czy w palanta, a także gdy bawią się z dziewczętami w chowanego – odpowiadały siostry jedna przez drugą.
- A zatem - wyciągnęłam szybko wniosek – musimy tam iść. Nie możemy ograniczyć naszych kontaktów z dziećmi tylko do tych, które przychodzą na naukę do szkoły. Trzeba się zająć także tymi, których rodzice nie przywiązują żadnej wagi do nauki.
– Co mamy tam robić?
- Praktycznie to samo co w szkole, tylko w inny sposób. Pomogą wam w tym wasi uczniowie. Macie budzić wśród nich różne zainteresowania, począwszy od spraw religijnych, a skończywszy na tym, jak winny zachowywać się w domu, na ulicy i w czasie zabaw. Będziecie mogły snuć opowieści o świętych i dziejach Polski. Moim marzeniem jest, by na terenie naszej działalności nie było ani jednego dziecka, które nie umiałoby czytać i pisać, nie znało prawd wiary i zasad życia chrześcijańskiego, a także dziejów ojczystych.
- A co z młodzieżą? - zapytała młoda aspirantka, która niedawno przybyła do Wielowsi.
- Cieszę się, że postawiłaś to pytanie – pochwaliłam ją. Wszystkie zdajemy sobie sprawę z tego, że młodzieży grozi wiele niebezpieczeństw, a zwłaszcza pijaństwo. Ponadto pojawiają się we wsiach propagatorzy nowych idei dalekich od nauki Jezusa Chrystusa. To wielkie nieszczęście i zagrożenie dla ludności wiejskiej. I dlatego musimy pójść także do nich. Trzeba tchnąć nowego ducha w istniejące bractwa i nadać im charakter kółek samokształceniowych, tak w zakresie religijnym, jak i patriotycznym. Gdy chodzi o młodzież niezrzeszoną, to można ją wciągnąć do chórów, które moim zdaniem trzeba rozpropagować, a przy okazji nauczyć czytać i pisać tych, którzy nie chodzili do szkoły.
- Matko droga, ale ja nie mam pojęcia o śpiewie. Nie potrafię zanucić najprostszej melodii – z żalem w głosie powiedziała jedna z aspirantek.
- Wiem o tym, że niektóre z was z natury rzeczy, np. z powodu braku słuchu nie mogą uczyć śpiewu. To oczywiste, ale tego nie musicie robić same. Wśród młodzieży i dorosłych – jak słyszę wieczorami, mamy bez liku śpiewaków i śpiewaczek. Do was należy tylko zainspirować zarówno młodzież, jak i dorosłych do samoorganizowania się w zespoły śpiewacze. Jestem pewną, że w każdej grupie znajdzie się ktoś, kto poprowadzi śpiew, a nawet zorganizuje chór.
- Matko – odezwała się jedna z nauczycielek – z bólem stwierdzam, że w niedziele i święta wielu ludzi - nie tylko mężczyzn – spędza czas w karczmie. Dochodzi tam często do pijackich awantur. To jedno, a po drugie nasze kontakty w zasadzie ograniczają się tylko do wieśniaków z Wielowsi. A przecież do naszej parafii należy tyle wiosek...
- Dziękuję, że poruszyłaś te dwa tematy” – powiedziałam.
- Już od dłuższego czasu zastanawiałam się nad tym, jak dotrzeć do ludzi starszych, by i oni w sposób godny, a także korzystny dla swojej duszy spędzali dni świąteczne. Myślę, że należy dla nich, podobnie jak dla młodzieży, organizować w niedzielę po południu spotkania w szkole. Można będzie wtedy rozdział po rozdziale czytać Ewangelie i tłumaczyć ludziom naukę Jezusa Chrystusa. Będziemy mogły im czytać żywoty świętych i ciekawe opowiadania z dziejów Polski, i w ten sposób zaszczepiać patriotyzm w ich sercach. Oczywiście zawsze będzie okazja do śpiewu, a także do odpowiedzi na różne pytania, z którymi ludzie zwrócą się do nas. W ten sposób będziemy szerzyły oświatę nie tylko wśród dzieci i młodzieży, lecz również wśród dorosłych. Ponadto możemy mięć pogadanki, jak wychowywać, jak zapobiegać różnego rodzaju nieporozumieniom w rodzinach i w sąsiedztwie.
- Gdy chodzi o inne wsie, to będziemy tam jeździły i w ten sam sposób zorganizujemy życie niedzielne. Poza tym myślę, że powinnyśmy, gdy tylko będzie nas więcej, jeździć przynajmniej dwa razy w tygodniu do poszczególnych wsi i rozpocząć nauczanie dzieci, młodzieży oraz dorosłych, o ile dadzą się do tego namówić.
- Ale gdzie będziemy mogły się z nimi spotykać? – zapytały postulantki.
- Myślę, że gromady nie odmówią nam, byśmy się spotykały z ludźmi w domach gminnych.

No, no. Widzę, że w ten oto sposób Siostra powoli zaczęła realizować swój młodzieńczy ideał służby polskiemu ludowi. Aż dziw bierze ile w Siostrze było zapału, odwagi i hartu ducha. Posyłała przecież Siostra do pracy w szkole aspirantki i postulantki, które podobnie jak Siostra, nie miały praktycznie żadnego przygotowania. Potrafiła Siostra jednak tchnąć w nich wielkiego ducha dominikańskich pionierów, a szczególnie św. Jacka Odrowąża, który w drodze na Ruś bywał na tych ziemiach. Jakie były efekty waszego zapału i pracy?

Na skutki nie trzeba było długo czekać. Dzieci i młodzież, a zwłaszcza dorośli urzeczeni gorliwością młodych nauczycielek garnęli się do nich. Ludzie pokazywali sobie palcami młodziutkie kandydatki do zakonu, które na pastwiskach, nad rzeką czy stawem lub pod drzewami uczyły dzieci prawd wiary, czytać i pisać. Szybko też utarł się zwyczaj, że latem po nauce katechizmu czy opowieściach o świętych i wielkich Polakach, wierni razem z siostrami szli na nieszpory do Wielowsi. Na przedzie niesiono krzyż umajony świeżymi kwiatami. Idąc śpiewali pobożne i patriotyczne pieśni. Echo ich biegło przez łąki i pola, zachęcając innych do przyłączenia się do nich.

Ci, którzy po raz pierwszy widzieli coś takiego, pytali: Co się dzieje, kto urządza takie procesje w zwykłe niedziele? Kto nauczył ludzi takich ładnych pieśni? Mieszkańcy Wielowsi z dumą mówili: To nasze siostry, dominikanki. Mnie nazywano niesamowitą, a nawet świętą, co mnie niezwykle bawiło.

Nie ma się co dziwić, siostro. Przecież siostra to było istne chuchro, a jak mówiono, mocy w niej za czterech chłopów, a ducha takiego ma, że najcięższy grzesznik jej się nie oprze. A jak się opiekuje chorymi, jak się troszczy o chleb i ubrania dla ubogich, a dzieci to bardziej kocha niż rodzona matka. Taka jest prawda i niech Siostra nie chowa się za swoją pokorę. Jak wyczytałem z kroniki dominikanek, siostry chwytały się różnych sposobów, by pogłębić życie religijne wielowiejskich parafian. Już w 1863 roku odnotowano, że w ostatnie dni trzy dni przed Popielcem, siostry we wsiach Sobów i Sielce rozważały z zabranymi ludźmi prawdy ostateczne. A przy tym jedna z nich tak przedstawiła piekło, że strach padł na ludzi, zaś kobiety płacząc wołały: Przebacz Panie Jezu! Matko Boska, ratuj! O Jezu! O Jezu! Z kolei Siostra się przestraszyła tym lamentem i zaczęła uspokajać zebranych mówiąc: Kochani, to jeszcze nie piekło - to Sobów, a wy żyjecie. Jak się poprawicie, to piekło będzie puste, a co najwyżej trafią tam tylko pijacy, którzy odmówią poprawy.

Po takich rozważaniach, karczmarz podobno miał powiedzieć: Nu, jak te panie będą tu przyjeżdżały, to ja zbankrutuję, a moja Fajga na żebry pójdzie. Aj waj! Co to będzie! Niektórzy nawet twierdzili, że karczmarz był gotów złożyć jakąś ofiarę na klasztor, byle tylko siostry nie odciągały chłopów od chodzenia do karczmy.

Z pewnością coś w tym było. Pamiętam także, że siostry kończyły rozważania pokutną procesją do kościoła. Śpiewano wtedy między innymi: Przebacz Panie, przebacz ludowi swojemu oraz Święty Boże, Święty Mocny. Nie brakowało też odwiedzin w rodzinach, gdzie się źle działo. Już wówczas nazywałyśmy je wizytami apostolskimi. Tak to było na początku naszej działalności w Wielowsi.

Czy Siostra informowała ojca generała o swoich poczynaniach wśród ludności wiejskiej?

Oczywiście. I muszę księdzu powiedzieć, że ojciec Jandel był bardzo zadowolony, czemu dawał wyraz w listach.

W jednym z nich pisał: ,,Cieszę się gorliwością i dobrym duchem twych sióstr i zbudowany jestem prawdziwie apostolska pracą, której się oddajesz wśród biednych waszych wsi. Ufam, że Pan Jezus będzie błogosławił waszej pracy za czystość intencji, z jaką im wszystkie się oddajcie, i że podwójnie was wynagrodzi przez zbawienne owoce, jakie wam będzie dane otrzymać w duszach oraz przez ustalenie i rozwój waszego dzieła, którego pożytek jeszcze bardziej uwidacznia te właśnie owoce.

10. Czas powstania i czas epidemii

Początki waszej działalności to czas powstania styczniowego…

Już w lutym 1863 roku w wielowiejskiej szkole zorganizowałyśmy powstańczy szpital dla rannych, którzy przedzierali się tutaj zza Wisły. Wszystkie siostry pospieszyły z pomocą poszkodowanym powstańcom. Podobny szpital powstał w Dzikowie przy pomocy Tarnowskich, których najmłodszy syn Juliusz padł w pierwszej potyczce z Rosjanami pod Komorowem. W tym lazarecie sama pielęgnowałam rannych. Nie możemy stać na uboczu, w tej dziejowej chwili, jako siostry i Polki – mówiłam. Nasze miejsce jest przy rannych i zdesperowanych.

Listy Siostry z tego okresu są pełne bólu i smutku, ale też wiary, że przelana krew nie pójdzie na marne.

Tak wtedy to czułam. Gdy powstanie chyliło się już ku upadkowi, mówiłam do sióstr: Nie wolno nam upadać na duchu. Więcej, mamy podnosić ducha innych, budzić miłość do ojczyzny tam, gdzie jej brak. Dla nas nie ma miejsca na przegranie. Jesteśmy poślubione Chrystusowi, a więc Temu, który przegrywając zwyciężył. Musimy, jak pisał poeta: Z żywymi naprzód trzeba iść, po życie sięgać nowe... To jest nasze nowe zadanie na czas popowstaniowy. Mamy niejako nową misję – leczenie ducha narodu, ducha Polaków, których przygniotła klęska powstania.

Czy siostry słuchając tej wypowiedzi nie dziwiły się, że ta oto cicha i zatopiona w Bogu osoba miała w sobie tyle patriotyzmu i umiejętności odczytywania współczesności?

Trudno mi coś konkretnego na ten temat powiedzieć. Jedno wiem: byłyśmy gotowe na wszystko, to znaczy oddać wszystkie siły rannym, chorym i zdesperowanym. Ja sama nawet nie wiedziałam, że we mnie jest tyle miłości do ojczyzny i dla tych, którzy walczyli o jej wolność. Wiem tylko, że w tych ciężkich dniach powstania, gdy w każdej chwili byłyśmy gotowe spieszyć z pomocą potrzebującym, nazwano mnie ,,siostrą chwili obecnej”.

Dzisiaj nazywamy to znakami czasu, czyli tego, czego w danej chwili wymaga od nas Bóg. Myślę, że powstanie styczniowe odczytała Siostra właśnie jako znak czasu i wezwanie dla siebie oraz młodego zgromadzenia, by w chwili największej próby oddać wszystkie swoje siły w służbie tym, którzy podjęli walkę o wolność. Będąc nieodrodną córą Kresów, może silniej niż inni przeżywała siostra wybuch i tragiczny koniec powstania. Takim znakiem czasu był dla Siostry również biedny i ciemny lud wiejski, któremu należało pomóc. Takim znakiem czasu było i wezwanie ojca Jandela, by Siostra założyła czynny zakon dominikański, chociaż serce ciągnęło do zakonu kontemplacyjnego. Kolejnym znakiem i wyzwaniem była dla Siostry epidemia cholery, która wybuchła dziesięć lat później, tj. w 1872 roku. Sytuacja była straszna. Nie było komu pielęgnować chorych i grzebać umarłych. Zdrowi bali się zarażenia. Czy pamięta Siostra, co wtedy mówiła do zebranych sióstr?

Doskonale pamiętam: Kochane siostry, powinnyśmy iść do ludzi dotkniętych tą groźną chorobą i opiekować się nimi. Będzie to dla nas sprawdzian gotowości na całopalną ofiarę w imię deklarowanej miłości dla Boga i człowieka. Być może – nie ukrywam - któraś z nas zarazi się i odejdzie do wieczności. Gdy skończyłam to mówić, jedna z młodziutkich sióstr powiedziała tylko jedno słowo: Idziemy! I poszły. Ja chciałam iść razem z nimi. To była moja powinność, jako przełożonej. Niestety, nie mogłam tego zrobić, gdyż z polecenia księdza Leszczyńskiego wyjechałam do Lwowa, by opiekować się moją chorą siostrą. Pamiętam, że siostry pielęgnowały dniem i nocą chorych, tam gdzie mogły dotrzeć i gdzie ich oczekiwano. Towarzyszyły konającym, karmiły osłabłych. Własnymi rękami grzebały umarłych, gdyż ludzie bali się zarażenia. Miarą naszego zaangażowania w niesieniu pomocy chorym są dane statystyczne, które się zachowały. W roku 1872 udzieliłyśmy pomocy 6683 chorym, a w rok później 7245 osobom. Po przejściu epidemii sieroty i wdowy szukały pomocy w klasztorze. Bywały dni, że cały dziedziniec był wypełniony biednymi, którzy przyszli do nas po ratunek. Dzieliłyśmy się z nimi wszystkim, co miałyśmy.

Z tego, co wiem, klasztor był wtedy ubogi w dobra materialne, ale serca nie brakowało w nim nigdy. Dlatego ludzie zawsze odchodzili od was podniesieni na duchu i przeświadczeni, że mając takie siostry nie zginą. Taki był duch pierwszych dominikanek. Ile było w tym zasługi założycielki, to tylko jeden Pan Bóg wie.


11. Budowa klasztoru

To kolejne zadanie jakie stanęło przed Siostrą, przekraczające Siostry siły. Jednak nie miała Siostra wyboru – klasztor trzeba było budować…

Materiał, dzięki zapobiegliwości księdza Leszczyńskiego, ofiarności Tarnowskich i okolicznych ziemian został w znacznej mierze już zgromadzony. Niestety, ciągle nie było zatwierdzenia tworzącej się fundacji przez Namiestnictwo. Natomiast biskup Antoni Manastyrski nie tylko wyraził swą zgodę, jako ordynariusz, ale także przysłał swoje błogosławieństwo. Budowę rozpoczęto 20 kwietnia 1864 roku. Datę tę ustaliśmy z księdzem Leszczyńskim na pamiątkę pierwszego naszego spotkania, które miało miejsce cztery lata wcześniej. Byłam przekonana, podobnie jak i ksiądz Leszczyński, że budowę uda się usankcjonować w Namiestnictwie. Po zawarciu kontraktu z budowniczym Feliksem Dybusiem z Radomyśla, w obecności właściciela Koćmierzowa, Jana Zakliki, przystąpiono do wykopów na fundamenty. Miało to miejsce tego samego dnia w godzinach popołudniowych.

Na placu wyznaczonym pod budowę zebrali się poważni gospodarze, których uścisnęłam dłonie na znak przymierza, miłości i jedności miedzy klasztorem a włościanami tej parafii. Był to nie tylko okazjonalny gest, ale wyraz więzi i wspólnego losu z tymi ludźmi. A los był rzeczywiście wspólny, jak to pokażą późniejsze dzieje klasztoru, który przetrwał do dziś. Następnie zaintonowałam pobożną pieśń i śpiewając ją rozpoczęliśmy wykop pod przyszły klasztor.

Wróciwszy do klasztoru położyłam się krzyżem razem ze wszystkimi siostrami w refektarzu, gdyż w wikarówce nie miałyśmy kaplicy i wspólnie prosiłyśmy Boga, by zarówno w tej chwili, jak w przyszłości błogosławił zgromadzeniu dominikanek.Dziesięć dni później, po uroczystym nabożeństwie w kościele parafialnym uformowano procesję, która udała się na miejsce przyszłego klasztoru celem poświecenia i położenia kamienia węgielnego. Z upoważnienia biskupa Manastyrskiego czynności tej dokonał ksiądz Leszczyński jako proboszcz parafii i dyrektor dominikanek. Błogosławieństwo przysłał także biskup sandomierski. Podczas tej uroczystości pierwszy kamień położyłam ja, następnie ksiądz Leszczyński, pan Zaklika z córką – przyjaciel zgromadzenia oraz dwaj najstarsi parafianie: Paweł Kondeusz z Koćmierzowa i Józef Schab z Sielca. Ceremonię zakończyło pięciu małych chłopców, którzy także położyli kamienie pod budujący się klasztor. Był to nie tylko symboliczny gest, ale też pewien zamysł, który zdawał się mówić: niech ten klasztor rośnie i rozwija się, tak jak ci chłopcy, którzy będą żywą kroniką tego wydarzenia. Być może będą kiedyś mówili swoim dzieciom: my także budowaliśmy ten klasztor oraz: te siostry nauczyły nas czytać i pisać, a także przykazań Bożych. Parafianie z Wielowsi, mając w pamięci naszą bezinteresowną pracę wśród nich, zobowiązali się pomagać przy budowie – i dotrzymali słowa. Codziennie, kolejno każda wioska przysyłała przeciętnie po dwudziestu pięciu ludzi do pracy. Nad budową czuwał w tym okresie niezastąpiony ksiądz Leszczyński.

Jak przebiegała budowa?

Budowa klasztoru była prowadzona w dobrym tempie. Ludność wiejska ofiarnie śpieszyła z pomocą, nawet w czasie żniw. Jednak pewnego dnia oberwało się rusztowanie na wysokości pierwszego piętra, co spowodowało poważne zranienie trzech gospodarzy. Stan jednego z nich wyglądał na bardzo poważny. Dla mnie był to niezwykle ciężki cios. Cóż mogłam jednak poradzić? Sprowadzono lekarza, sporządzono stosowny protokół, a mnie pozostało tylko przyjąć cierpienie i modlić się o zdrowie dla poszkodowanych. I rzeczywiście modliłam się sama i razem z siostrami: Przywróć im zdrowie, Panie Jezu – prosiłam – Ty, który nawet umarłym przywracałeś życie. Ty wszystko możesz. Ci ludzie służyli dobrej sprawie. Spraw, by dalej mogli pracować, by nie dotknęło ich kalectwo. Nie pozwól, by ucierpiały ich rodziny.

Widzę, że w swoim życiu musiała Siostra za wszystko płacić .Jeżeli dobrze rozumiem, to płaciła Siostra w różny sposób, ale najczęściej cierpieniem. Rachunek za pomyślnie rozpoczętą budowę, w formie poważnego wypadku, przyszedł bowiem bardzo szybko...

To prawda, ale wszystko dobrze się skończyło. Chorzy, łącznie z najbardziej poszkodowanym, prędko wrócili do zdrowa i dalej pracowali przy budowie. Być może nie byli aż tak poważnie poranieni, jak się początkowo wydawało.

Wieść gminna jednak utrzymywała, że ich powrót do zdrowia był wynikiem modłów sióstr, a zwłaszcza modlitwy Siostry starszej – bo tak nazwano Siostrę, uchodzącą w ich oczach za osobę niezwykłą, którą Bóg zawsze wysłuchuje.

W sytuacji, w jakiej żyłyśmy, bardzo szybko powstają legendy. Dlatego tę wieść gminną należy zaliczyć do kategorii legend.

Skąd siostra miała fundusze na budowę? Było wprawdzie sporo zgromadzonego materiału i trochę grosza, ale na taką budowę, jak stojący dotąd klasztor, to była przecież kropla w morzu potrzeb.

To był rzeczywiście mój wielki problem. Pieniędzy dosyć szybko zaczęło brakować, nie tylko na zakup materiałów, ale także na wypłaty za pracę, zwłaszcza majstrom. Myśl o tym, że pracownicy mogą nie otrzymać umówionego wynagrodzenia, spędzała mi sen z oczu. Co zrobić? Co zrobić? – pytałam siebie, a także księdza Leszczyńskiego. W końcu zdecydowałam: nie mamy wyboru – trzeba udać się na kwestę. Otrzymawszy stosowne pozwolenie od biskupa przemyskiego, udałam się z jedną siostrą do najbliższych dworów. W krótkim czasie zebrałyśmy pewną sumę pieniędzy, dzięki której udało się zaspokoić najbardziej palące potrzeby. Następnie udałam się w sandomierskie, gdzie poznałam hrabinę Ledóchowską, od której otrzymałam znaczną pomoc finansową.

Czy od tego momentu datowała się Siostry serdeczna więź z hrabiną?

Tak. Stosunkowo często pisałyśmy do siebie, a hrabina Ledóchowska, od czasu naszego spotkania, stała się jednym z hojniejszych dobrodziejów klasztoru w Wielowsi.

Czy kwesta to tylko sprawa zbierania funduszy?

Nie tylko. Chodząc po kweście szybko uświadomiłam sobie, że kwestowanie, tak stare, a może jeszcze starsze niż tzw. żebracze zakony, jak franciszkanie i dominikanie, to nie jest tylko sprawa zbierania funduszy na taki czy inny cel. Jest to też rozpoznanie środowiska, pobudzanie ludzkiej ofiarności i chęci dzielenia się swoimi dobrami oraz nawiązywanie przyjaźni, które mogą zaowocować. Najważniejszą sprawą jest jednak dawanie świadectwa. Kwestarz bowiem to równocześnie apostoł, to znaczy ten, który nie tylko mówi o posłannictwie klasztoru i jego potrzebach materialnych, ale sam jest posłannictwem. Uświadomiłam sobie także, że na kwestę mogą wyjeżdżać tylko te siostry, które pokochały swoje powołanie i zgromadzenie, do którego należą.

Dlatego wysyłając siostry na kwestę raz po raz, gdyż budowa szybko pochłaniała zebrane fundusze, często mówiłam do nich: Kwesta to nie tylko pieniądze, to także przeświadczenie, że Chrystus jest dla nas tak ważny, iż gotowe jesteśmy dla niego zrobić wszystko. Ta gotowość musi się wyrażać w naszych słowach, zachowaniu i całej postawie. Niektóre z was będą poza klasztorem całe miesiące, ale ani na chwilę nie wolno wam zapomnieć, że jesteście dominikankami i w sposób szczególny związane z Bogiem.

Gdzie jeździłyście po kweście?

Potrzeby materialne były tak wielkie, że siostry udawały kwestowały między innymi w Poznańskiem, we wschodniej Galicji, a nawet na Węgrzech. Niektóre ich wyprawy trwały prawie cały rok.

Czy w czasie tak długich wyjazdów Siostra utrzymywała z nimi jakiś kontakt?

Wspierałam je duchowo - modlitwą. Pisałam listy, w których zachęcałam do wierności powołaniu obowiązkom wynikającym z niego. Zapewniałam o pamięci i modlitwie, zachęcając, by nie upadały na duchu z powodu zmęczenia i różnych przeciwności, a także z racji zła, z którym się spotykały. Czasem wysyłałam im nawet spisane konferencje księdza Leszczyńskiego.

Czy siostry kwestarki dobrze wywiązywały się ze swojej pracy?

Na ogół – tak. Starałam się wyrobić w nich świadomość, że reprezentują zgromadzenie. W ten sposób dawały dobre świadectwo o duchu, jaki w nim panuje. Hrabianka Cecylia Działyńska, będąc pełna podziwu dla naszych kwestarek, tak do mnie pisała: Siostry zaczynają tu wszystkich budować świętą obojętnością na grosz (tak rzadką dzisiaj po klasztorach), a szacowaniem jedynie stopnia łaski i powołania w kandydatkach. Bardzo was kocham i szczycę się wami, najmilsze siostry, i z serca życzę obfitości niebieskich łask, za tę obojętność na obfitość ziemską...

Gdy patrzy się na kwestarskie dzieło Siostry i materiał, czyli młode i niedoświadczone siostry, jakimi dysponowała, rodzi się po raz kolejny podziw dla siostry odwagi, a także ducha, jaki wtedy panował w klasztorze. Przecież wysyłane siostry, od strony formalnej nie były w tym okresie nawet nowicjuszkami w dzisiejszej nomenklaturze to zwyczajne postulantki, których staż zakonny nie przekraczał trzech lat. Trzeba było dużej odwagi i zaufania do tych dziewcząt, by je wysłać na kwestę. I tej odwagi, w imię świętej sprawy, Siostrze nie zabrakło. To było ogromne ryzyko, które przy całej swojej delikatności i wrażliwości Siostra podejmowała. Jakie były efekty tych kwest?

Różne. zasadniczo dostarczały nam tylko tyle funduszy, że budowa mogła być kontynuowana, chociaż bywały okresy, że z braku pieniędzy prace trzeba było wstrzymać. Ale co ważniejsze – po takich kwestach zgłaszały się kandydatki do naszego zgromadzenia. Dziewczęta przybywały nawet z Poznańskiego, powiększając liczbę dominikanek. Ponadto, dzięki głęboko ludzkiej i chrześcijańskiej postawie siostry zjednywały klasztorowi wielu przyjaciół i dobrodziejów, tak gdy chodzi o ziemian, duchownych, jak i prostych ludzi, zwłaszcza z okolicznych wiosek, którzy ofiarowywali bezinteresowną pracę.

A gdy w kasie było pusto, trzeba było odwoływać się do ofiarności i pomocy osób zaprzyjaźnionych. Nie złamało to jednak naszego ducha. Gdy nie widziałam wyjścia w sprawach pieniężnych, podobnie jak w innych, stawałam przed Bogiem z całą swoją bezradnością i mówiłam: No widzisz, Panie Jezu, z czym ja do Ciebie dzisiaj przychodzę. Nie proszę o zdrowie, nie proszę o dary Twojej łaski, nie proszę nawet o kandydatki do zgromadzenia, ale proszę, wybacz, o ofiarne dusze, które by pomogły nam zakończyć budowę klasztoru. Proszę o pieniądze.

Siostra była niesamowita: ufna i prosta, odważna i pokorna, pełna swoistego mistycyzmu, ale także realnego spojrzenia na świat. Potrafiła prosić Pana Boga także o pieniądze na budowę klasztoru, wierząc, że On wszystko może – nawet postarać się o pieniądze. Czy to nie wspaniałe, Siostro?

Oczywiście, ksiądz przesadza i to o kilka pięter… Jaka w rzeczywistości byłam, najlepiej wiem ja i Pan Bóg. Zostawmy to w Bożej kartotece. Prawdą jest jednak to, że bardzo ufałam Bożej Opatrzności i zdarzały się rzeczy niezwykłe. Pewnego dnia przybył jakiś jeździec na spienionym koniu, który oddawszy list, natychmiast skoczył na siodło i odjechał. Nawet nie zdążyłam spojrzeć na niego. Pozostał po nim tylko tuman kurzu. A gdy otworzyłam list, znalazłam w nim sporą kwotę pieniężną, tak potrzebną na wypłacenie pracownikom należności. Jak przypuszczam, była to kolejna ofiara Tarnowskich – tym razem bezimienna. Z podobną ofiarą przybył pan Popiel i kilku innych przyjaciół powstającego zakonu.

Według mojej oceny, czas budowy był bardzo trudny dla młodego zgromadzenia. Z powodu braku pieniędzy siostry oszczędzały, na czym się tylko dało. Ograniczono nawet ogrzewanie w niektórych pomieszczeniach, a jedzenie było bardzo skromne. Ponadto formacja sióstr odbywała się „w biegu”, co mogło się fatalnie odbić na ich duchowości.

To prawda. W jednym ze swoich listów pisałam do sióstr, które były na kweście: Moje siostrzyczki drogie, nie możemy palić w piecu, jak radzicie, bo raz, że nie ma zupełnie pieniędzy na drzewo, a długi wołają na wszystkie strony, a potem ,że piece dymią. (...) A jak trochę więcej napalić to swąd.. Ale w czasie ostatniej zimy, przed przeniesieniem się do wybudowanego klasztoru, gdy było bardzo zimno, siostra, która zajmowała się piecem w sypialni, chcąc by siostrom było ciepło, napaliła więcej niż zwykle. Po rekreacji i wieczornych pacierzach poszłyśmy spać. Nagle jedna z sióstr, do której przeciągnięty był przez powałę sznurek od dzwonka, obudziła się pod wpływem jakiegoś trzasku. Usiadła na łóżku, rozejrzała się wkoło i spojrzała do góry. Wtedy zobaczyła przez dziurkę od sznura, że na strychu się pali. Pobudziła siostry. Na głos dzwonu zbiegli się ludzie i ugasili pożar. Większych strat nie było. Dach pozostał nietknięty, spaliło się tylko kilka fasek masła i trochę gontów. Potem, z obawy przed pożarem, wolałyśmy cierpieć zimno, niż palić, bo piece były stare i dymiły. Ale niektórym siostrom trudno było znosić chłód i jedna z nas na rekreacji powiedziała: Ależ dzisiaj zimno!

Pamiętam ten epizod z waszej kroniki. Autorka napisała, że gdy się to powtarzało, Siostra powiedziała, by zmarzluchy z tej trudności uczyniły cnotę i nie wspominały o zimnie. Siostry jednak były młode i lubiły żartować. Nie mówiły więc o zimnie, tylko o tym, że nie jest za gorąco. Kiedyś jedna z sióstr – taka śmieszka, powiedziała przy siostrze: Ależ dzisiaj nie jest gorąco! Wtedy Siostra przypomniała jej o waszym postanowieniu. A ona na spuściwszy filuternie oczęta powiedziała: Proszę matki, przecież ja nie mówię, że zimno, ale że nie jest za gorąco. Na takie dictum Matka i wszystkie siostry zaczęły się śmiać.

Tak, coś podobnego miało miejsce. Na wiosnę i w lecie pojawił się nowy problem. Przeciekający dach, zwłaszcza nad sypialnią, w okresie dłuższych opadów deszczów dawał się siostrom we znaki. Wtedy przeprowadzałyśmy się z siennikami na noc do jadalni, ale i tam nie było najlepiej, mogłyśmy jednak przynajmniej głowy schronić pod stoły. Dachu nie warto już było reperować, gdyż cała wikarówka nadawała się tylko do rozbiórki. Wspominam o tym dlatego, by można było sobie uzmysłowić, w jakich warunkach żyły i pracowały pierwsze dominikanki. Do nowego klasztoru przeprowadziłyśmy się 15 września 1870 roku.

Dotąd mówiliśmy o domu klasztornym, a co z kaplicą? Przecież w każdym klasztorze powinna być kaplica.

Budowę kaplicy klasztornej, po uzyskaniu odpowiednich zezwoleń od władzy kościelnej, rozpoczęto dnia 25 kwietnia 1866 roku. Kamień węgielny postanowiono położyć 1 maja tegoż roku. W dzień poprzedzający tę uroczystość, po majowym nabożeństwie, cztery siostry poprzedzane przez kapłanów niosły krzyż, który postawiono w miejscu, gdzie w przyszłości miał stanąć ołtarz. Następnie zapalono świece i przez całą noc adorowano krzyż, a wiejskie dziewczęta śpiewały pieśni. Położenia kamienia węgielnego dokonał ksiądz Jan Sobczyński – dziekan z Michocina, w obecności innych księży. Niestety, ja nie byłam na tej uroczystości, gdyż z siostrą Klarą Gilewską wyjechałam na kwestę i nie zdążyłam wrócić.

Dlaczego nie poczekano na powrót Siostry?

Nie bardzo wiem, dlaczego ksiądz Leszczyński postanowił urządzić tę uroczystość podczas mojej nieobecności...

Czy przypadkiem nie był to wyraz jakiejś niechęci księdza Leszczyńskiego, która powoli, ale coraz silniej narastała, od chwili waszej rozmowy, gdy ujawniły się różnice zdań co do formacji postulantek i pracy wśród ludności wiejskiej?

Trudno powiedzieć, aczkolwiek nie ukrywam, że ten fakt bardzo mnie zabolał. Przyjęłam go jednak spokojnie i nie robiłam księdzu Leszczyńskiemu żadnych wyrzutów Gdy osiem dni później wróciłam, długo modliłam się pod krzyżem, prosząc Chrystusa, by jak najszybciej zamieszkał w tym miejscu pod postacią chleba.


12. Konstytucje

Proszę Siostry, jak wiadomo musiała Siostra, zakładając nowe zgromadzenie, robić kilka rzeczy równocześnie: opieka nad postulantkami, budowa klasztoru, troska o fundusze i związane z tym wyjazdy na kwesty, praca w szkole i przy chorych i – co najważniejsze – redagowanie konstytucji. Jak daleko posunęła się Siostra w tej pracy?

Problem konstytucji to sprawa, z którą zmagałam się do końca życia. Musiałam w nich pogodzić kilka spraw. Najpierw, by były one do przyjęcia przez konsystorz, czyli odpowiadały obowiązującemu prawu kanonicznemu i diecezjalnemu w Polsce. Następnie musiały opierać się na duchowości św. Dominika, a także odzwierciedlać założenia nowo powstającego Trzeciego Zakonu Dominikańskiego we Francji i Anglii. I wreszcie, siłą rzeczy, musiały zawierać wszystko to, czym chciałam, by żyło i innym służyło powoływane do życia zgromadzenie polskich dominikanek. Nic więc dziwnego, że proces kształtowania się konstytucji trwał tak długo. Ponadto trzeba pamiętać, że ja nie posiadałam żadnego doświadczenia w tym względzie, ani odpowiedniego przygotowania, tak teologicznego jak i kanonicznego. Miałam wprawdzie przetłumaczone przez siebie konstytucje francuskie, ale one nie we wszystkim przystawały do polskiej rzeczywistości i celu, jaki stawiałam zakładanemu przez siebie zgromadzeniu.

Poza tym we mnie samej było dwie przeciwstawne tendencje, które przez całe życie mi towarzyszyły. Z jednej strony zawsze chciałam żyć w ścisłej klauzurze i dlatego pragnęłam, by zgromadzanie składało śluby uroczyste i zachowywało papieską klauzurę. Z drugiej strony surowość związana z klauzurą papieską nie zgadzała się z celem, dla którego to zgromadzenie powstało. Ta wewnętrzna trudność sprawiała mi wiele kłopotów. Bardzo często pytałam Chrystusa: Co mam zrobić, Panie Jezu? Znasz moje serce i wiesz, jak bardzo chciałabym być blisko Ciebie, i to nie tylko ja sama, ale i całe powstające zgromadzenie. Bóg jednak milczał. Nie wiedząc co zrobić, pisałam do ojca Jandela: Ojcze, jestem w ślepym zaułku. Pomóż mi wyjść z tej sytuacji. Poradź jak zapisać to, co dyktuje mi serce i czego domaga się cel zgromadzenia. Chciałabym jakoś harmonijnie połączyć jedno z drugim, ale nie mam wzorów. Ojciec generał nie kazał mi długo czekać.

Ciekawy jestem, co Siostrze doradził?

W liście, który mi przysłał, zalecił, bym na pierwszym miejscu postawiła cel zgromadzenia i do niego dostosowała środki. Polecił mi też, by siostry składały tylko śluby proste, a w konstytucji bym zapisała to, co w początkach mojego życia zakonnego uważałam za istotne. Pocieszył mnie też, że konstytucje nie stanowią dogmatu i mogą ulegać zmianie w zależności od miejscowych warunków. Trudności, jakie miałam w redagowaniu ustaw, tudzież brak zatwierdzenia zgromadzenia przez Namiestnictwo sprawiały, że bywałam bardzo przygnębiona. Na szczęście zawsze znalazł się ktoś (zawsze miałam wielkie szczęście do ludzi), kto dodawał mi nowych sił. Tym razem był to ksiądz Łobos, kanclerz kurii biskupiej, który dawał wyraz swego uznania dla działalności sióstr w parafii Wielowieś.

Prace nad ustawami prowadziłam dalej. W styczniu były one już na tyle dopracowane, iż dyrektor zakonu, ksiądz Leszczyński, wystosował do biskupa Manastyrskiego stosowne pismo oraz dwa egzemplarze ustaw dominikanek w celu ich zatwierdzenia. Jeden z egzemplarzy miał być posłany do Namiestnictwa we Lwowie. By sprawę przyspieszyć, wraz z siostrą Klarą udałam się do Przemyśla i do Lwowa. We Lwowie spodziewałam się wyjednać rządowe zatwierdzenie zgromadzenia.

Jak przyjęto Siostrę w Namiestnictwie?

Namiestnik Gołuchowski zapewnił mnie, że gdy tylko biskup zatwierdzi ustawy i zgodzi się na erekcję zgromadzania, to ze strony rządowej bez większych przeszkód da się tę sprawę załatwić. Niestety, tak konsystorz, jak i biskup Manastyrski zwlekali ze sprawą, domagając się zakończenia budowy klasztoru oraz różnego rodzaju zabezpieczeń i odkładali sprawę z roku na rok. Nie widząc innej możliwości przyspieszenia sprawy, napisałam list do księdza Łobosa.

Czego dotyczył ten list?

Niech ksiądz posłucha: Wczoraj otrzymałam odpis rezolucji Pana Gołuchowskiego i dowiedziałam się dokładnie o co rzecz idzie. (...) Przewielebny Ojcze, w całej tej odezwie Pana Namiestnika nie widzę żadnych trudności dla nas ze strony rządu, owszem, wszystko tam tchnie szlachetnością Pana Gołuchowskiego ułatwienia nam wszystkich trudności, za co niech Go Pan Bóg dobrotliwy raczy błogosławić. Ale obok tego widzę z bólem głębokim serca, że zamiast korzystać z tak przychylnej rezolucji, robią trudności sami Zwierzchnicy Duchowni. Nie przypisuję ja tego bynajmniej jakiejś złej intencji i chęci, Boże uchowaj. Ale jest tam pewna zbyteczność wymagań, co do form i nie oglądanie się na okropne skutki, jakie mogą z tego przewlekania z roku do roku ukończenia tej sprawy wyniknąć. Pan Gołuchowski wyraźnie oświadczył mi swoje życzenie i swoją radę, gdym była u niego, aby przyspieszyć z tym interesem, a kiedy na jedno zapytanie uczynione do powiatu nie zaraz odpowiadali tego lata, to urgens im wysłał. Cóżby więc było za jego zdziwienie, gdyby się dowiedział, że J.W.X. Hoppe chce odkładać nasze potwierdzenie aż do kompletnego ukończenia nowego gmachu klasztornego, co nie może nastąpić wcześniej po ludzku sądząc, jak za trzy lub cztery lata. (...) Potrzeba jeszcze na wykończenie kaplicy i klasztoru naszego przeszło 11000 flr. Zważywszy więc klęski, nieurodzaje, częste kwesty itd., trzeba by chyba cudu Opatrzności, żeby w parę nawet latach uzbierać taką sumę. Tymczasem jakie różne wypadki mogą zajść w kraju i rządzie to Bogu tylko wiadomo. Ja tylko to wiem, co powiedział Pan Gołuchowski, że Zgromadzenia, które nie mają formalnego potwierdzenia w Galicji, mogą być bezpieczne tak długo, jak długo On jest Namiestnikiem, że zatem powinno się dokładać wszelkich starań, żeby przyspieszyć takowe wobec rządu formalne uznanie. (...) Ja myślę, już tak zrobić Przewielebny ojcze, aby nie zważając nawet na przykrą porę roku pojechać do Przemyśla i dopóty nie ruszać się od stóp J.W.X. Biskupa, dopóki nie uzyskam dekretu erekcji naszego zgromadzenia na piśmie. Ja co do mnie należy wszystko zrobię, co tylko adwokat uzna za potrzebne i możliwe. Gdyby była nadzieja ukończenia budowy naszej w przeciągu sześciu miesięcy lub czegoś podobnego, to byśmy wolały, ażeby dopiero tam uroczyście podług przepisanych form i ceremonii wprowadzić nasze zgromadzenie; ale kiedy nie ma podobieństwa, aby fabryka nawet za trzy lata kompletnie ukończona została, więc byłoby grzechem ciężkim z naszej strony, żeby dla zachowania pewnych zewnętrznych formalności narazić na los szczęścia byt i egzystencje Zgromadzania złożonego już z kilkunastu osób. Zapewne nie wie J.W.X. Hoppe bliższych okoliczności. Już na tę myśl odpowiadam. Oczekuję teraz łaskawej odpowiedzi, co do mego wyjazdu (...).

No, no – odwagi Siostrze nie brakowało. Kto by się spodziewał, że pokorna siostra taki list napisze. Ukazuje on nie tylko determinację i odwagę, ale też inną twarz Siostry. Dotąd mówiło się o Siostrze jako osobie, owszem, odważnej, ale delikatnej i wrażliwej, jakby niezdolnej do zdecydowanej postawy. W liście tym Siostra pokazała iście lwi pazur. Pisała taktownie, ale niczego nie owijała w bawełnę. Nie zawahała się powiedzieć prawdy o dwuznacznej postawie konsystorza, a także o tym, co sądził o nim namiestnik Gołuchowski. Z listu przebija żal do władzy kościelnej z powodu jej opieszałości, a także realizm Siostry – z ducha raczej mistycznej.

Treść listu wskazuje, iż mimo wrodzonej nieśmiałości potrafiła Siostra walczyć o sprawę zleconą jej przez ojca generała. Jak wielka była ta Siostry determinacja, świadczy fakt, iż była Siostra gotowa nawet siedzieć u stóp Biskupa tak długo, aż uzyska zatwierdzenie zgromadzenia. Było to coś tak niezwykłego, iż nie zdobyłby się w owych czasach (zwłaszcza w Galicji) żaden duchowny, nie mówiąc już o siostrze zakonnej…

Nie miałam innego wyboru. Gdyby chodziło o kilka miesięcy – jak pisałam w liście – nie robiłabym problemu, ale tu chodziło o lata, podczas których mogły nastąpić w rządzie takie zmiany, które mogły zagrozić istnieniu naszej kongregacji, kosztującej już tyle trudu mnie i siostry, a także zaprzyjaźnionych z nami ludzi, składających na jej rzecz nieraz wielkie ofiary. Stąd moja determinacja i zdecydowanie.

Niezwykła śmiałość treści tego listu – jak sądzę – była wynikiem z jednej strony żalu z powodu ospałości kościelnych urzędników, a z drugiej głębokiej troski o przyszłość zgromadzenia i powierzonej siostrze gromadki. Zwracając się do księdza Łobosa w sprawie przyspieszenia erekcji była siostra pewna, że znajdzie u niego zrozumienie i poparcie. Poza tym niezależnie od tego listu, siostra wysłała drugi, za pośrednictwem i przy poparciu księdza Leszczyńskiego. Prosiła w nim księdza Biskupa o erekcję zgromadzenia. Jaki był skutek tego listu?

W końcu ksiądz biskup Manastyrski podpisał ustawy w dniu 29 stycznia 1867 roku. W rok później, dnia 15 stycznia 1868 roku potwierdził powstanie kongregacji sióstr, na co wyraził zgodę także namiestnik Galicji. Ksiądz biskup ustanawiał równocześnie na kolejne lata swoim dyrektorem, czy jak się wówczas mówiło wikariuszem do spraw nowego zgromadzenia, księdza Leszczyńskiego. Tym samym aktem właściwą władzę nad siostrami przekazał w moje ręce, ustanawiając mnie przełożoną generalną zgromadzenia.

Czy to był już koniec pracy nad ustawami?

Nie! Pracowałam nad nimi – jak już wspomniałam – praktycznie do końca życia. Po latach doświadczeń zaistniała konieczność zmian, a nawet nowej redakcji konstytucji zgromadzenia. Zatwierdzone bowiem przez biskupa Manastyrskiego zostały dane jako pierwowzór do wypróbowania, zanim zostałyby przesłane do zatwierdzania przez Stolicę Apostolską. Wprawdzie już je poprawiano w wyniku rozwoju zgromadzenia i powstawania domów filialnych, ale były to tylko aneksy w formie dodatkowych przypisów.

Praktyka wykazała także, że niektóre punkty tych konstytucji były niejasne, a tym samym niekorzystne, tak dla poszczególnych członkiń, jak i dla całego zgromadzenia. Poza tym, po przejściach z księdzem Leszczyńskim i siostrą Gertrudą Łastowiecką (o czym będzie mowa niżej) należało silniej podkreślić ducha wzajemnej miłości, szacunku i lojalności wobec władzy zakonnej.

Ponadto chciałam ustawowo utrwalić nasz związek z duchowością dominikańską, która za rządów księdza Leszczyńskiego i siostry Gertrudy znacznie osłabł. Konstytucje potrzeba było przystosować do nowych warunków i zadań podejmowanych przez zgromadzenie. Uważałam też, że trzeba całkowicie zmienić niektóre rozdziały oraz złagodzić posty zakonne, które były zbyt surowe i uciążliwe dla sióstr zajętych całodzienną pracą. Na skutek niedożywienia często zapadały na gruźlicę i niestety umierały młodo.

Czy Siostra pamięta, jak wówczas wyglądały wasze posiłki?

Doskonale pamiętam. W piątki całego roku nie używano nawet nabiału, a ranny i wieczorny posiłek składał się z kawałka suchego chleba. Wieczorem, w zależności od pory roku dodawano dwa jabłka lub parę śliwek. Obiad był nieco pożywniejszy. Wszystko to należało zmienić tak ze względów zdrowotnych jak i wobec faktu, że wiele dziewcząt nie wytrzymywało tak ostrych postów i odchodziło od nas, mimo że miały powołanie.

Potrzebne też były nowe przepisy dla domów filialnych. Należało jasno powiedzieć, że nie stanowią one osobnej kongregacji, ale są ściśle zwiane z domem macierzystym i we wszystkim uzależnione od niego. Byłam przekonana, że siłą zgromadzenia jest jedność, miłość oraz zależność od władzy centralnej. W domach filialnych nie mogło być mniej niż cztery siostry. Chciałam też wyraźnie określić władzę przełożonych domów filialnych.

Do pracy nad nowymi konstytucjami przystąpiłam we wrześniu 1882 roku, czyli w dwadzieścia lat po powstaniu pierwszych. Pomagał mi w tej pracy ksiądz Weber, o którym także będzie jeszcze mowa, dla którego nie mam słów uznania. On w tych latach był dobrym duchem naszego zgromadzenia. Czas pracy nad konstytucjami był również okresem mojej kuracji, bowiem zdrowie w tym czasie zaczęło mi bardzo szwankować.

Po przestudiowaniu wszystkich trzech dominikańskich konstytucji, a przede wszystkim konstytucji napisanych przez św. Dominika, za podstawę dla naszego zgromadzania wzięłam regułę św. Augustyna oraz konstytucje, a także uchwały kapituł Braci Zakonu św. Dominika. Odeszłam natomiast od konstytucji dominikanek w Nancy, ponieważ one nie apostołowały poza klasztorem.

Pod koniec redakcji konstytucji wezwałam do Lwowa siostrę Agnieszkę, by przepisała je w dwóch egzemplarzach. Jeden był przeznaczony dla konsystorza, drugi dla zgromadzenia. Ponadto przygotowałam jeszcze dwa egzemplarze konstytucji przetłumaczone na język francuski, które po zatwierdzeniu przez biskupa przemyskiego miały być wysłane do Rzymu celem zatwierdzania ich przez Stolicę Świętą.

Prace nad konstytucjami ukończyłam dnia 8 grudnia 1882 roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W oktawę tego święta jeden egzemplarz wręczyłam księdzu biskupowi Soleckiemu z prośbą o zatwierdzenie. Załączyłam do tego list księdza Webera, informujący księdza biskupa o genezie konstytucji sióstr dominikanek. W liście tym ksiądz Weber zwrócił także uwagę, że zgromadzanie to przez swój bezpośredni wpływ na prosty lud może być bardzo pożyteczne dla diecezji w Galicji.

Kiedy bp Solecki zatwierdził nowe konstytucje?

Bardzo szybko, w miesiąc po ich przedstawieniu, tj. 6 stycznia 1883 roku, czyli w uroczystość Trzech Króli. Tego dnia rano, mimo, że czułam się bardzo źle, udałam się do kościoła ojców reformatów w Przemyślu, by w czasie Mszy św. polecić Bogu przyszłość i rozwój kongregacji. Następnego dnia podziękowałam księdzu biskupowi za potwierdzenie konstytucji. Ten wręczając mi je powiedział: Życzę wam, abyście pod nowymi konstytucjami wzrastały rozszerzając chwalę Bożą. Amen.

Czy po zatwierdzeniu ustaw przez księdza biskupa zajęła się Siostra innymi sprawami?

Niezupełnie! Potrzebne były jeszcze zabiegi o zatwierdzenie ich przez Stolicę Apostolską. Ale przed tym wyniknął jeszcze jeden problem. Okazało się, że ojcowie dominikanie byli bardzo niezadowoleni z tego powodu, że nasze zgromadzenie zostało poddane pod jurysdykcję miejscowego biskupa, a nie generała, czy prowincjała dominikanów. Wyjaśniłam im i siostrom, że taka była wola ojca generała Jandela, kiedy polecił mi zająć się fundacją sióstr Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Wychodził on ze słusznego założenia, że siostrom pracującym w parafiach i pomagającym duszpasterzom bardziej odpowiada jurysdykcja biskupa niż prowincjała. Tak było zresztą na zachodzie Europy.

Jak potoczyły się losy ustaw w Kongregacji do spraw zakonnych?

Mimo coraz słabszego zdrowia zdecydowałam się pojechać do Rzymu, by na miejscu dopilnować sprawy. Przedtem jednak zaczęłam szukać protektorów, którzy by poparli moje zabiegi w Rzymie. Moimi doradcami w tej sprawie byli ksiądz biskup Łobos, (który w tymczasem został sufraganem przemyskim) oraz niezawodny ksiądz Weber.

Ksiądz biskup Łobos zwrócił się z prośbą do hrabiego Jana Tarnowskiego, by wyjednał dla mnie poparcie u kardynała Czackiego, który był jego krewnym i rezydował w Rzymie. Poparcie to było potrzebne o tyle, że ciągle było sporo osób niechętnych nowemu zgromadzaniu dominikanek i mnie osobiście. Biskup Łobos obawiał się, aby ich wpływy nie sparaliżowały moich zabiegów o zatwierdzenie zgromadzenia.

Oto fragment listu hrabiego Tarnowskiego do kardynała Czackiego: Matka Kolumba pragnąc utrwalić dzieło, któremu poświęciła swoje mienie i prace całego życia, przesłała do zatwierdzenia Ojca Świętego ustawy zakonne, a dla pewniejszego osiągnięcia upragnionego celu postanowiła mimo wątłego i bardzo zagrożonego zdrowia udać się do Rzymu i rzecz swoją osobiście, gdzie należy przedstawić. Łaskawa protekcja Waszej Eminencji, przychylne przedstawienie Ojcu Świętemu całej tej sprawy i skuteczne jej poparcie – oto cel niniejszego listu i treść prośby, którą ośmielam zanieść pełen otuchy, że Wasza Eminencja z zadowoleniem przyjmie do wiadomości ten dowód żywotności Zakonu Świętego Dominika w Kościele Polskim, tak srogo zewsząd prześladowanym.

Czy kardynał Czacki przychylił się do prośby Tarnowskiego?

Tak. Zapewnił go, że przez pamięć na Gabrielę Tarnowską, matkę Jana, która była pierwszą dobrodziejką dominikanek w Wielowsi, uczyni wszystko, co w jego mocy, by pomóc mi uzyskać zatwierdzenie zgromadzenia przez Stolicę Apostolską. Przypomniał także, żebym zabrała od swego biskupa list polecający.

Niezależnie od interwencji Jana Tarnowskiego, podobny list wysłał do kardynała Czackiego i kardynała Halka Ledóchowskiego Stanisław Tarnowski z Chorzelowa, polecając zgromadzenie i mnie wysokim protektorom.

Przy takich protekcjach mogła Siostra liczyć na pozytywne załatwienie sprawy zatwierdzenia zakonu. Kiedy Siostra wybrała się do Rzymu?

W święto Trzech Króli, czyli 6 stycznia 1885 roku. Na spotkaniu z siostrami zapowiedziałam swój wyjazd do Rzymu w związku ze sprawą zatwierdzenia konstytucji. Chciałam, by pojechała ze mną siostra Benwenuta Pasławska. Jednak, na prośbę śmiertelnie chorej mojej zastępczyni, siostry Agnieszki Kiełbickiej, która chciała pozostawać pod jej opieką, wyruszyłam w drogę z siostrą Dominiką Cellerin. Na wypadek śmierci siostry Agnieszki swoją wikarią ustanowiłam siostrę Alanę.

Po drodze, w Krakowie skorzystałam z badań lekarskich, by się upewnić co do stanu zdrowia. Ku memu zdziwieniu, ale także i radości, lekarz stwierdził, że stan mego zdrowa znacznie się poprawił. W Wiedniu wstąpiłam do hrabiego Wodzickiego, by prosić o list polecający do kardynałów w Rzymie.

Do Wiecznego Miasta przyjechałyśmy 25 stycznia 1885 roku. Dwa dni później złożyłam wizytę kardynałowi Ledóchowskiemu, który przyjął mnie bardo życzliwie i obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy, na rzecz naszego zgromadzenia. Następnie złożyłam wizytę kardynałowi Czackiemu i biskupowi Schiaffino, sekretarzowi Kongregacji Biskupów i Zakonników.

Co Siostra robiła, czekając na załatwienie sprawy?

Zwiedzałam kościoły i miejsca uświęcone krwią męczenników, Odnalazłam na cmentarzu grobowiec ojców dominikanów, w którym złożono doczesne szczątki ojca Jandela. Modliłam się za jego duszę i dziękowałam Bogu za wszelkie dobro, jakie mi wyświadczył. Spotykałam się ze znanymi księżmi i polecałam sprawy zakonu ich modlitwom. Napisałam nawet list do księdza Bosko, prosząc o modlitwę. Ksiądz Jan dziękując za list napisał, że on sam i jego sieroty modlą się w wymienionych intencjach.

Jak przebiegały sprawy zatwierdzenia konstytucji?

Wbrew oczekiwaniom sprawa zaczęła się komplikować, a ojciec Bianchi stwierdził, że w konstytucjach, które przedłożono kongregacji trzeba dokonać pewnych zmian.

Powiadomiłam o tym siostry w Wielowsi, prosząc je o modlitwy a sama też dużo się modliłam w sprawie konstytucji. W końcu, 10 marca otrzymałam telegram, że nasza sprawa została pozytywnie załatwiona. Po otrzymaniu tej wiadomości wysłałam telegram do księdza Webera, informując go o wszystkim. Udałam się także do kardynała Czackiego, który opowiedział mi o przebiegu sprawy. Okazało się, że jedną z trudności był fakt, że zgromadzenie działało tylko w jednej diecezji, a według prawa winno mieć jeszcze domy w innych diecezjach. Trudność tę jednak dało się usunąć. Pozostałe jeszcze inne kwestie, które należało dostosować do wymogów kongregacji.

Na czym ostatecznie rzecz stanęła?

Dnia 21 marca 1885 roku zgromadzenie nasze otrzymało od papieża Leona XIII dekret pochwalny, co oznaczało, że zgromadzenie zostało zatwierdzone. Konstytucje zaś, z powodu pewnych usterek, nie zostały zatwierdzone. Niemniej jednak dekret pochwalny, jakie otrzymało zgromadzenie, oznaczał tym samym pierwsze ich uznanie.

Co Siostra czuła po tym wszystkim, co się stało? Było to przecież uwieńczenie wielkiego wysiłku, tak Siostry jak i zaprzyjaźnionych ze zgromadzeniem osób?

Najserdeczniej, jak tylko potrafiłam, podziękowałam Bogu za tę wielką i niezasłużoną łaskę. Następnie podziękowałam za pomoc Tarnowskim, którzy interweniowali u polskich kardynałów. Kończąc list do nich życzyłam, by ręka Pańska błogosławiła ich rodzinie teraz i przyszłym pokoleniom. Zapewniłam też, że zgromadzenie dominikanek, w swoich codziennych modlitwach będzie prosić Boga o łaski dla całego rodu.

Do sióstr zaś napisałam, między innymi, by wszystkie po otrzymaniu mego listu padły na kolana i z wdzięcznością podziękowały Trójcy Przenajświętszej za okazaną nam łaskę. Poleciłam odśpiewanie Te Deum Laudamus i Salve Regina oraz trzy pacierze na podziękowanie Bogu, Najświętszej Maryi Pannie i naszym patronom.




13. Dominikanki na prawie diecezjalnym

Kiedy, w jakich okolicznościach odbyła się uroczystość wręczenia dokumentu, który od strony prawnej sankcjonował istnienie dominikanek w diecezji przemyskiej?

Po wielu perturbacjach, o których mówiłam wyżej, biskup Manastyrski zatwierdził w końcu ustawy na prawie diecezjalnym w dniu 29 stycznia 1868 roku. Na moją prośbę uroczystość wręczania ich odbyła się 20 lutego 1868 roku, po Mszy św. w intencji nowego zgromadzenia odprawionej przez biskupa A. Manastyrskiego w kaplicy pałacowej w Przemyślu. Ksiądz biskup wręczając mi ten ważny dokument powiedział: Tak postępujcie, ażebym później ze spokojnym sumieniem mógł prosić dla was o potwierdzenie w Rzymie.

Przedstawiciele parafii Wielowieś: Łukasz Karaś i Józef Klimek uczestniczący w tej uroczystości złożyli podziękowanie najpierw księdzu biskupowi, a następnie udali się do namiestnika Gołuchowskiego, który zapytał ich o wpływ, jaki wywierają siostry dominikanki na ludność. Klimek powiedział: (...,) My i nasze żony jesteśmy ojczymami i macochami dla naszych dzieci, a wielebne Panny (tak ówcześnie często nazywano siostry zakonne) prawdziwymi matkami. One bardzo je kochają, ucząc znać, kochać i czcić rodziców.

Kiedy odbyła się kanoniczna instalacja zgromadzenia?

Zaplanowana została na 19 marca 1868 roku. Jej przebieg był niezwykle uroczysty i radosny dla nas. Po Mszy św. Ksiądz Leszczyński odczytał dekret erekcyjny. Następnie na jego ręce jako dyrektora zgromadzenia złożyłam przyrzeczenie posłuszeństwa miejscowemu biskupowi. Potem ksiądz Leszczyński poinformował siostry w imieniu biskupa, że od tej chwili zostaję przełożoną generalną Sióstr Dominikanek Trzeciego Zakonu.

Według zapisu kroniki miała Siostra wtedy powiedzieć co następuje: Czuję się niegodna tego urzędu. Powinnam raczej prosić o to, by ksiądz biskup zlecił ten obowiązek innej siostrze. Pamiętam jednak, co przed laty powiedziałam Bogu: Pójdę tam, gdzie mnie poślesz, dlatego przyjmuję ten bardzo ważny obowiązek. Ufam Bogu, że On w nieskończonej swojej dobroci będzie wspierał wszystkie moje poczynania dla dobra zakonu i mojej duszy.

O ile pamiętam, coś takiego powiedziałam. Tekst przytoczony przez księdza odpowiada stanowi ducha, w jakim wtedy byłam. Po latach zmagań nadszedł czas pewnej stabilizacji. Wykonałam zadanie wyznaczone przez ojca generała. Odtąd bowiem formalnie byłam odpowiedzialna przed Kościołem za jakość i rozwój zgromadzenia. Niemniej jednak uznanie prawne przez władzę diecezjalną dawało mi pewien komfort wewnętrzny. Mogłam bowiem w ramach lokalnego prawa kościelnego odwołać się do biskupa, którego jurysdykcji zaczęłam podlegać.

Co było dalej?

Ksiądz dyrektor, oddając mi księgę ustaw i akt erekcyjny zapytał, czy zobowiązuję się czuwać nad wiernym zachowywaniem obserwancji zakonnej? Odpowiedziałam: Nie dopuszczę do żadnego rozluźnienia karności zakonnej, tak długo, jak długo będę przełożoną.

Po tych słowach odśpiewano hymn Ciebie Boga wysławiamy. Tak skończyła się batalia o kościelne i państwowe uznanie Trzeciego Zakonu Dominikanek. Pisząc o tym do sióstr, które w tym czasie były na kweście, nie kryłam swojej ogromnej radości: To, iż otrzymałyśmy potwierdzenie naszego zgromadzenia od Kościoła i rządu, to namacalne miłosierdzie i dobroć Boga. Przy tylu trudnościach i w tak krótkim czasie inaczej tego nie mogę określić. Inne zgromadzenia muszą na to czekać długie lata. My dzięki Bogu i ludziom już to otrzymałyśmy. Nie jestem nawet w stanie wyrazić słowami tego, co czuje moje serce. Powiem tylko tyle: Bogu Wszechmogącemu i jego Najświętszej Matce niech będą dzięki. Wy także przyłączcie się do naszych uczuć, a z waszych oczu niech popłyną łzy wdzięczności.

Teraz wikarówkę można było nazwać klasztorem…

Tak. Uroczystego wprowadzenia dokonał tego ksiądz dyrektor Julian Leszczyński, przy udziale licznie zebranych wiernych. Domek ten, jak ksiądz słusznie zauważył, w tym momencie stawał się klasztorem. Fakt ten wywołał u nas tak wielkie wzruszenie, iż nie mogłyśmy powstrzymać łez. Siostry mówiły: Przecież nic się nie stało. Ten sam ubożuchny dom, te same meble, ta sama ciasnota, a jednak, a jednak... Czuje się tu powiew Ducha Świętego. Był to rodzaj naszego namaszczenia przez Kościół. Potem długo modliłyśmy się w milczeniu.

Wielką naszą radość podzielało wielu naszych przyjaciół i dobrodziejów . Ale chyba najbardziej cieszyła się moja matka, Ernestyna Białecka, która w liście do mnie wyrażała swoje uczucia, a także w krótkich słowach, ale niezwykle dosadnie scharakteryzowała okoliczności w jakich rodziła się fundacja: (...) Wyobrażam sobie jakim uczuciem byłyście przejęte podczas uroczystego potwierdzenia waszego zakonu. W istocie – Boskie to dzieło i pamiętam słowa ojca Piątkowskiego, który ani na chwilę nie pozwalał powątpiewać o pomocy Boskiej tylko mówił: - Świat się naśmiewał, że myślimy w teraźniejszych czasach o utworzeniu zakonu bez funduszu, bez znacznej protekcji, a Bóg zaśmiał się ze świata i najsłabszych użył do wykonania swego dzieła. Oby tylko teraz i zawsze powiększała się coraz więcej chwała Boska, zbawienie bliźnich i wasze własne uświęcenie, aby każda z was, ile was jest, i ile będzie po skończonym życiu poszła po nagrodę do nieba.

14. Pogorszenie się stanu zdrowia.

Czyli pełna, niezmącona niczym radość?

Niestety, nie mogę tego potwierdzić. Warunki, w jakich żyłyśmy i pracowały oraz posty, jakie podejmowałyśmy, ujemnie odbijały się na naszym zdrowiu. Ciągle któraś z nas zapadała na gruźlicę. Była to istna plaga nie tylko dla okolicznych mieszkańców ale i dla nas. Zachorowaniom na gruźlicę sprzyjał również iście malaryczny klimat tej okolicy. Z wielkim niepokojem patrzyłam na siostry, gdy na moich oczach marniały. Słabsze wysyłałam na leczenie, korzystając z uprzejmości zamożniejszych dobrodziejów. Nie miałyśmy bowiem na to odpowiednich funduszy. Również sama zaczęłam podupadać na zdrowiu. Przeciążanie pracą oraz różnego rodzaju kłopoty bardzo ujemnie wpływały na mój z natury słaby organizm, od najmłodszych lat zagrożony gruźlicą. Doraźne leczenie i krótkie wyjazdy z malarycznej i wilgotnej Wielowsi nie poprawiały mego zdrowia.

Co Siostra zrobiła?

Nie było rady, musiałam pójść do lekarza w Dzikowie. Po badaniu lekarz Tarnowskich orzekł, że stan mój jest bardzo poważny i jedynym ratunkiem byłby pobyt w ciepłym i łagodnym klimacie. Ale ja nie chciałam się zgodzić na wyjazd. Jestem zakonnicą – mówiłam – ślubowałam ubóstwo i nie stać mnie na podejmowanie tak kosztownej kuracji. Zresztą inne siostry także są chore i nigdzie nie wyjeżdżają. Poza tym jestem przełożoną, mam zbyt wiele obowiązków, bym mogła sobie pozwolić na wyjazd. I zdecydowałam: W zimie będę się leczyła w domu, a na wiosnę pojadę w rodzinne, górskie okolice i tam podleczę się przy pomocy żętycy.

Jak na tę sytuację zareagowały siostry?

Siostry patrząc na moją bladą twarz, sińce pod oczami, a także słuchając mego kaszlu mówiły: Matka tu, w Wielowsi, nawet zimy nie przeżyje .

I chyba miały rację…

Na moje szczęście czy nieszczęście – nie wiem. Ojciec Jandel, przebywając okazyjnie w Wielowsi i widząc stan mego zdrowia polecił mi, abym nadchodzącą jesień i zimę spędziła w południowej Francji u sióstr dominikanek w Cette. A na moją uwagę, że będą duże koszty wyjazdu i leczenia, a także, że jest tyle spraw do załatwienia, powiedział krótko: Sprawę pobytu w Cette załatwię siostrze sam. Porozmawiam także z biskupem przemyskim, by zgodził się na wyjazd oraz ustanowienie zastępczyni na czas nieobecności siostry. Nie ma również problemu finansowego. Hrabina Tarnowska zobowiązała się pokryć koszty wyjazdu i leczenia za granicą. Przed wyjazdem polecił mi jeszcze, bym zasięgnęła rady u lekarza w Sandomierzu i o ile jego diagnoza będzie zgodna z poprzednia diagnozą lekarza Tarnowskich, niech on powiadomi o tym księdza Leszczyńskiego oraz księdza biskupa, który da rozkaz wyjazdu. Powiedział także, że muszę wybrać swoją zastępczynię na czas nieobecności. Będzie to okazja – twierdził - do sprawdzenia, na ile siostry potrafią słuchać nie tylko swoją założycielkę, ale także i inną siostrę.

Co Siostra na takie dictum?

Zastanawiałam się, co mam zrobić? Jechać, czy nie jechać? W końcu powiedziałam sobie: jestem zakonnicą i muszę słuchać, chociaż nie wszystko jest po mojej myśli.

Ale kogo wybrać na swoją zastępczynię – to bardzo poważny problem. Koniecznie trzeba to zrobić, tylko która z sióstr ma nią zostać? Długo analizowałam walory najstarszych stażem sióstr. Prowadziłam też z księdzem Leszczyńskim rozmowy na ten temat. Ksiądz Leszczyński sugerował, by mianować na to stanowisko siostrę Gertrudę Łastowiecką.
- Ona ma cały szereg zalet – mówiłam – ale brak jej dominikańskiego ducha.
- Nie ma siostra racji – kontrargumentował ksiądz Leszczyński – ona, mając duże doświadczenie, gdy chodzi o życie zakonne, chłodnym okiem patrzy na wiele spraw, dlatego można odnieść takie wrażenie. Jestem przekonany, że siostra Gertruda dobrze wypełni obowiązki zastępczyni siostry.
- Tak, ale ona, jak mi się wydaje, ma za mało serca dla sióstr i nie potrafi ich równo traktować. Obawiam się, że mogą powstać podziały na siostry lepsze i gorsze – broniłam swego zdania.
W końcu pod naciskiem księdza Leszczyńskiego wyraziłam zgodę na siostrę Gertrudę Łastowiecką. Ksiądz dyrektor napisał jeszcze do księdza Biskupa, że siostra Białecka z powodu słabego zdrowia i konieczności wyjazdu na leczenie nie może sama kierować zgromadzeniem i dlatego prosi, by ksiądz biskup, jako zwierzchnik zakonu mianował siostrę Gertrudę, na zastępczynię siostry Białeckiej.

Kim była siostra Gertruda?

Była to osoba wykształcona, najstarsza z nas wszystkich, która przyszła do dominikanek po kasacie przez rząd rosyjski zgromadzenia sióstr felicjanek, ale nie bardzo rozumiała dominikańskiego ducha. Chciałam jej nawet umożliwić powrót do macierzystego zakonu, ale nie przyjęto jej, prawdopodobnie dlatego, że nie była wierna swojej pierwszej miłości, czyli felicjankom. Pod wpływem księdza Leszczyńskiego zatrzymałam ją w naszym zgromadzeniu. Później okazało się, jak niefortunna była to decyzja…

Po załatwieniu wszystkich formalności przygotowywałam się do drogi. Żegnając się z siostrami upominałam je, dając im obrazek z napisem: Zaklinam was, chowajcie regułę, ustawy i najmniejsze zwyczaje. Dnia 11 października 1869 roku opuściłam Wielowieś.

Kiedy Siostra przybyła do Cette?

Przyjechałam 6 listopada tegoż roku. Cette zastosowałam się do rad lekarzy, ale choć stan mego zdrowia niewiele się poprawił, to jednak wypoczynek dobrze mi zrobił. Mimo klasztornej ciszy i spokoju, nie byłam wolna od kłopotów i zmartwień, jakie przeżywałam w Polsce. W duszy pojawiły się dawne wątpliwości, czy idę właściwą drogą? Czy nie powinnam wstąpić do kontemplacyjnego klasztoru? Napisałam nawet w tej sprawie do ojca Jandela. Ten jednak zdecydowanie odpowiedział, że teraz już nie czas na tego rodzaju rozważania. Jesteś tam, gdzie Bóg chce żebyś była, każdą myśl o zmianie powinnaś uważać za pokusę, chociażby to było pod pozorem większej doskonałości. Pan Jezus powierzył ci dzieło, które długo będzie jeszcze wymagało twojej pracy. Musiałabyś sobie bardzo wyrzucać, gdybyś je opuściła...

Czy ten list uspokoił Siostrę?

Powiedziałam sobie wtedy, modląc się przed Najświętszym Sakramentem: Skoro ojciec generał tak uważa, to będę dalej robiła, co mi każe – chociaż wiesz, Panie Jezu, jak bardzo chciałabym być tylko dla Ciebie i z Tobą. Poza tym miałam sporo żalu do księdza Leszczyńskiego, którego powiadomiłam, że w Cette korzystam z kierownictwa innego kapłana a ten pozwala mi na codzienne przystępowanie do Komunii św. W odpowiedzi na mój list ksiądz Leszczyński nie zakwestionował wprawdzie decyzji tego spowiednika, ale zalecał mi ćwiczenie się w posłuszeństwie. Co w podtekście oznaczało, że mam się stosować do jego decyzji, a on nie pozwalał mi na codzienną Komunię św.

Rzeczywiście, to o czym Siostra mówi mogło być źródłem wielkiego cierpienia i wewnętrznego niepokoju. Myślę, że do tej sprawy jeszcze wrócimy przy innej okazji. Jak przebiegał pobyt w Cette?

Modliłam się i wypoczywałam, chociaż dalej męczył mnie kaszel – był nieco mniejszy ale nie ustępował. Pod koniec pobytu za granicą udałam się do Rzymu, gdzie – o dziwo – poczułam się znacznie lepiej, o czym doniosłam siostrom w Wielowsi.

Niech więc Siostra powie kilka słów na temat swoich rzymskich przeżyć.

Rzym wywarł na mnie niezwykle głębokie wrażenie. Tak, to jest Wieczne Miasto i miejsce święte - tu jest mózg, a przede wszystkim serce chrześcijaństwa – mówiłam do siebie, chodząc po miejscach świętych, zroszonych krwią męczenników pierwszych wieków chrześcijaństwa. Podziwiałam wspaniałe kościoły, chociaż nie ukrywam, że bolało mnie beztroskie i zbyt hałaśliwe zachowywanie się w świątyniach zwiedzających je ludzi.

W Rzymie spotkałam się z ojcem Semeneńką, założycielem zmartwychwstańców, który bardzo interesował się Trzecim Zakonem Sióstr Dominikanek. Dzięki niemu poznałam osobiście (bo znałyśmy się już z listów) Marcelinę Darowską, założycielkę niepokalanek, gdy wracając do Wielowsi odwiedziłam ją w Jazłowcu. Siostra Darowska wywarła na mnie wielkie wrażenie. Była to niezwykła osoba o szerokich horyzontach i głębokim życiu wewnętrznym.





Ciąg dalszy już za parę dni.



Do góry