Rozdział I

BOG ZAWŁADNĄŁ MOJĄ DUSZĄ

1. Korzenie

Na początek naszej rozmowy chciałbym, żeby Siostra opowiedziała mi o swoich stronach rodzinnych.

Moja rodzinna wieś Jaśniszcze leży na żyznych ziemiach południowo-wschodniego Podola, niedaleko powiatowego miasta Brody. Była podobna do innych kresowych wsi jak: Polikrowy, Kutyszcze, czy Seredec. Obok niej płynął niewielki strumyk, który rozlewał się w rodzaj naturalnego stawu, z którego następnie wypływał i wpadał do Seretu, a ten wijąc się wśród pagórków toczył swoje wody aż do Dniestru. Wiosną jak okiem sięgnąć zieleniły się zboża i łąki, latem zaś falowały pod wpływem wiatru łany pszenicy i żyta. Ziemia bowiem była piękna i urodzajna. Na wiosnę ciągnęły tędy do swych miejsc lęgowych klucze dzikich gęsi, bocianów i żurawi, których klangory zwiastowały zbliżającą się ciepłą porę roku. Jesienią zaś lecąc na południe zdawały się mówić, że nadchodzi ciężki, zimowy czas. Ludzie podnosząc głowy, z podziwem patrzyli na ich szyk i elegancję w locie. Podziwiałam ciągle zmieniający się szyk. Często też liczyłam ptaki w poszczególnych kluczach.

Czy wieś Jaśniszcze należała do znaczących miejscowości w tej okolicy?

Nie. To była zwykła, mała wieś. Nie było tam nawet kościoła. Katolicy uczęszczali na nabożeństwa do odległego o około 8 kilometrów. Podkamienia, gdzie duszpasterzami byli ojcowie dominikanie. Była jednak szkoła, w której w dniach wolnych od pracy uczono dzieci czytać i pisać. Do czasu zniesienia pańszczyzny ludzie pracowali na pańskim i swoim.

Z życiorysu wiem, że Siostra urodziła się w rodzinie ziemiańskiej, co wskazuje na fakt, że w Jaśniszczach był dwór.

Rzeczywiście. W Jaśniszczach, podobnie jak w wielu wsiach, był dwór. W tym wypadku należał on do moich rodziców. Nie był to pałac, ale dwór średnio zamożnych ziemian, którzy gospodarowali na dwóch wsiach: Jaśniszcze i Roznoszyńce.

Kim byli Siostry rodzice i jaki duch panował w waszym domu?

Ojciec mój, Franciszek Białecki, był szlachcicem herbu Jelita. Szlachcianką była również matka, Anna Ernestyna z Radziejowskich. Byli to ludzie niezwykle dobrzy i pełni zrozumienia dla ciężkiego życia pańszczyźnianego chłopa. Świadczy o tym fakt, że mimo braku zgody austriackiego rządu, razem z kilkunastoma właścicielami majątków, znieśli w swoich dobrach pańszczyznę, a nawet uwłaszczyli chłopów. Do tego stopnia zaskarbili sobie ich wdzięczność, iż w okresie tzw. rabacji galicyjskiej nikt nie powiedział przeciw nim złego słowa.

W naszym domu panował głęboki duch patriotyczny. Dużo mówiło się o niepodległości i sposobach jej odzyskania. Moi rodzice – z tego, co do mnie docierało (miałam wtedy zaledwie siedem lat) - bardzo ciężko przeżyli upadek powstania listopadowego. Byli świadomi, jak wielu ówczesnych światłych ludzi, że droga do niepodległości Polski prowadzi przez polepszenie doli ludu wiejskiego oraz zbliżenie dworu i chaty, a przede wszystkim przez podniesienie poziomu oświaty i świadomości obywatelskiej chłopów. O ile tylko pamiętam, nasz dwór zawsze stał otworem dla wieśniaków. Przychodzili tam w czasie przednówku prosząc o trochę zboża lub kartofli. Moja matka śpieszyła z pomocą chorym i strapionym. Zarówno ojciec jak i matka godzili też zwaśnione strony, a różnego rodzaju kłótni i nieporozumień wśród mieszkańców wsi nie brakowało.

Czy wielu ludzi przychodziło do dworu?

Bywały dni, że przed wejściem do oficyny zbierało się po kilka, a nawet kilkanaście osób, które opowiadały o swoich kłopotach. Czasem przysłuchiwałam się ich rozmowom. Niektóre z nich do dziś zostały mi w pamięci.
- Idę do pani, bo moja córka Kachna dostała jakiejś wysypki, może pani coś poradzi i da jakiegoś ziela – mówiła kobieta w kolorowej zapasce.
- Idźcie, idźcie, mojemu Stachowi bardzo pomogła, gdy mu noga spuchła – zachęcała ją starsza sąsiadka.
- A wy, kumie, z czym idziecie? – zapytała stojącego obok mężczyznę w średnim wieku Jagna, najbardziej gadatliwa kobieta we wsi spod lasu – skończyły się kartofle i mąka. Dzieci są głodne – może pan coś da i jakoś przeżyjemy.
I tak po kolei wszyscy mówili o życiowych kłopotach i niedostatkach, czekając na swoją kolejkę. Moi rodzice pomagali im jak mogli. Takie były ówczesne stosunki społeczne i dola wiejskiego ludu.

Czy rodzice Siostry byli ludźmi religijnymi?

Według mnie – i to nie dlatego, że jestem ich córką – byli to ludzie niezwykle szlachetni i wrażliwi na ludzką niedolę, o czym już wspomniałam; byli też bardzo pobożni. Ich głęboka religijność wykraczała daleko ponad obyczajowe praktyki religijne, tak typowe dla ówczesnego ziemiaństwa, które owszem – uważało, że dla dobrego przykładu należy bywać na niedzielnej Mszy św., ale reszta bardzo często nie miała dla wielu z nich większego znaczenia. Mój ojciec miał szczególne nabożeństwo do Opatrzności Bożej, matka natomiast w sposób szczególny czciła Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Codziennie wszyscy razem, łącznie ze służbą domową, odmawialiśmy cząstkę różańca. Nasz dom w Jaśniszczach posiadał kaplicę, w której przynajmniej raz w tygodniu odprawiana była Msza św., co świadczy – jak sądzę – o religijności moich rodziców.

Czy miała Siostra rodzeństwo?

Tak, i to dużo. Niestety jednak, zanim urodziła się moja starsza siostra Marysia, aż czterokrotnie wynoszono z naszego domu trumienki mojego rodzeństwa, które wcześniej umierało. Nie znam przyczyn ich śmierci. Ale ich zgony kładły się cieniem na życiu moich rodziców. Serdecznie im też, jak później słyszałam, współczuła służba i wieśniacy, a wieść o śmierci kolejnego dziecka rozchodziła się lotem błyskawicy po okolicznych wsiach. Po pochówku czwartego dziecka – jak opowiadali rodzice – przez kilka lat było pusto i głucho w naszym domu. Wydawało się nawet, że rodzice umrą bezpotomnie. Bóg jednak chciał inaczej. Najpierw przyszła na świat Marysia, w kilka lat później urodziłam się ja. Ochrzczono mnie w Podkamieniu i dano na imię Róża Filipina, a dwa lata po mnie urodziła się Władysława. We dworze – jak wspomina służba – nareszcie zaczął rozbrzmiewać śmiech dzieci. Rodzicom nie brakowało jednak kłopotów. Wszystkie byłyśmy słabej kondycji. Częstym gościem w naszym domu był lekarz, ale rosłyśmy i rozwijałyśmy się prawidłowo.

Życiorysy mówią o tym, że od najmłodszych lat była Siostra bardzo wrażliwą i religijną panienką. Niech Siostra mi powie, gdzie tkwią korzenie owej wrażliwości i osobistej religijności?

Trudno mi o tym mówić, bo rzecz dotyczy mnie, a ponadto wiem, że nie zawsze byłam kryształowa, bez zarzutu. Nie mam jednak wątpliwości, że trzeba ich szukać w łasce Bożej, prawości i religijności moich rodziców. Dzisiaj, kiedy z perspektywy lat patrzę na swoje dzieciństwo i młodość, myślę, że złożyło się na to kilka czynników. Jako dziecko rosłam, patrząc wiosną na dworski ogród pełen zieleni i kwiatów, a jesienią na dojrzewające owoce. Zima zaś przykrywała szronem gałęzie drzew, a wszystko inne śniegiem. Latem razem z ojcem jeździłam dwukółką wśród falujących zbóż kołysanych wiatrem, a gdy byłam starsza – to i linijką zaprzęgniętą w jednego konia. Myślę, że to nie pozostawało bez wpływu na moją wrażliwość. Dzięki temu, że najmłodsze lata spędziłam na wsi miałam w sobie ową wrażliwość i szczodrobliwość, jaką daje matka natura. Ale to nie wszystko.

Co jeszcze miało na Siostrę jakiś szczególny wpływ?

Od najmłodszych lat, żyjąc na wsi, spotykałam się z biedą ludzką. Patrzyłam na nędznie ubranych ludzi i obdarte dzieci. Moje pierwsze poważne pytania kierowane do matki dotyczyły biedaków: Mamo, dlaczego ludzie chodzą w takich łachmanach? Dlaczego dzieci prawie boso biegają po śniegu? Dlaczego nie chodzą do szkoły? Dlaczego one pracują na polu, a ja nie? O ile pamiętam, nie miałam wtedy więcej niż siedem, osiem lat.

Towarzyszyłam też matce – mimo, jej sprzeciwów – przy opatrywaniu ran, tak dorosłych, jak dzieci. Przerażał mnie brud, nędzny ubiór, a zwłaszcza choroby skóry. Mamo dlaczego oni się nie myją? – pytałam – Dlaczego nie idą do lekarza? Przecież lekarz tak często do nas przyjeżdża? A matka ze ściśniętym sercem mówiła mi, że oni są biedni i nie mają pieniędzy, by mogli pójść do lekarza i zapłacić za lekarstwa. Wszystko to nie mogło pomieścić się w mojej głowie, w której kłębiły się różne myśli i kolejne pytania: Dlaczego ja i moje siostry mamy wszystko, a chłopskie dzieci są takie biedne i chodzą boso? Dlaczego moi rodzice nie pracują w polu, tak jak mieszkańcy wsi? Dlaczego oni do kościoła jadą bryczką, a wieśniacy idą pieszo? Żal mi było przede wszystkim staruszek, które pochylone, z kosturem w ręku, traktem lub ścieżką śpieszyły na nabożeństwo. Czasem nawet prosiłam ojca, by podwiózł najsłabszą z nich, tę której nogi odmawiały posłuszeństwa i szła bardzo powoli.

Do końca życia nie zapomnę tego, co przeżyłam, gdy mając dziesięć lat razem z matką odwiedziłam pewną chorą dziewczynkę. Już sama izba z paleniskiem na środku i okapem wprawiła mnie w osłupienie. Ściany były ciemne od dymu, zamiast łóżek na klepisku była rozłożona słoma. Na jednym z barłogów leżała chora dziewczynka przykryta jakimś łachmanem. Pod ścianami stało kilkoro jej rodzeństwa ubranych tylko w koszuliny. W kącie gdakała kura, a zza przepierzenia dochodziło pobekiwanie kozy i mlaskanie świni. W izbie panował niebywały smród. Matka dziewczynki, równie biednie ubrana, jak i jej dzieci rzuciła się, by pocałować moją mamę i mnie w rękę, a potem kilka razy powtórzyła z ufnością patrząc na nas: Panienka nas odwiedziła, panienka przyszła do mojej chorej Zosi.
To było straszne. Tylko jeden Bóg wie, co wtedy przeżyłam...

Czy właśnie takie przeżycia wpłynęły na fakt, że zgromadzeniu, które Siostra założyła, postawiła za cel, by poza własnym uświęceniem siostry podejmowały prace wśród wiejskiego ludu, tak bardzo pokrzywdzonego przez ówczesne stosunki społeczne?

Nie da się ukryć, że tak właśnie odczytałam Bożą wolę, gdy chodzi o rolę dominikanek, z tym, że to było tylko jedno z zadań, które nas czekały. Kolejna sprawa to podniesienie świadomości religijnej i narodowej.

Gdy chodzi o sprawę pierwszą, czyli podniesienie wiedzy religijnej, to jest zrozumiałe w aktywności zakonnej, ale skąd wziął się u Siostry pomysł na to, by zgromadzenie zajmowało się podnoszeniem świadomości narodowej?

Niech ksiądz nie zapomina, że ja byłam dzieckiem Kresów, gdzie, jak to się mówi, z myślą o niepodległości przychodziło się na świat, a poza tym, jak już wspomniałam, w rodzinie panował duch patriotyczny.

To prawda, po rozbiorach taki duch zawsze panował na Kresach. Ale stało się to dopiero wtedy, gdy Polskę wykreślono z mapy Europy. Wówczas do świadomości Polaków dotarła rzecz straszna: nie ma już Polski. Potężny niegdyś kraj Piastów i Jagiellonów przestał istnieć. Po okresie frustracji i smutku zaczął odżywać duch narodu i myśl o odzyskaniu niepodległości pojawiała się coraz częściej. Wojskowi i nie tylko oni, starali się przy pomocy oręża wyzwolić kraj spod władzy zaborców. Organizowali mniejsze i większe ruchawki zbrojne w trzech zaborach. Próbowali też w oparciu o napoleońskie orły i geniusz wojenny cesarza Francuzów odzyskać niepodległość. Niestety, i ta próba zawiodła. Napoleon przegrał, a z nim przegrali także Polacy.

Wreszcie, po nieudanym powstaniu listopadowym w 1830 roku, zrozumiano, że zmieniły się czasy. Że nie da się odzyskać niepodległości w oparciu tylko o ziemiaństwo i szlachtę, że trzeba do walki wciągnąć także lud wiejski. Ale jak go do tego przekonać, skoro ojczyzna nigdy nie była dla niego matką, ale macochą, która gnębiła go pańszczyzną i utrzymywała w ciemnocie, a jego wrogiem numer jeden był właściciel ziemski. By zmienić ten stan rzeczy, zaczęli się pojawiać w Galicji emisariusze z Kongresówki, którzy tworząc tajne związki nawoływali do zniesienia pańszczyzny i uwłaszczenia chłopów. Za tym wezwaniem poszli co światlejsi ziemianie a wśród nich także siostry rodzice. Rząd austriacki, wiedząc co się święci, czuwał jednak i umiejętnie pogłębiał przepaść miedzy wsią i dworem, nadając dziedzicom władzę administracyjną i sądowniczą nad chłopami. Dziedzice mieli obowiązek ściągania od chłopów dla rządu austriackiego podatków i rekruta, a dla siebie – pańszczyzny. W takiej sytuacji nie mogło być mowy o zbliżeniu wsi i dworu. Chłop nienawidził pana, a spory miedzy włościanami i ziemianami pogłębiały tę nienawiść. Mimo tych napięć postanowiono wywołać powstanie na obszarze wszystkich zaborów.

W tym celu 26 stycznia 1846 roku w Krakowie utworzono Rząd Narodowy, na czele, którego stanął młody rewolucjonista Ludwik Mierosławski. Nowy rząd zamierzał ogłosić uwłaszczenie chłopów, a bezrolnym nadać ziemię z dóbr narodowych. Rząd austriacki natomiast, przez swoich agitatorów przewrotnie informował chłopów, że cesarz chce znieść pańszczyznę, ale sprzeciwia się temu szlachta, co oczywiście było nieprawdą. Nieufny chłop uległ jednak wpływom agitatorów cesarskich i stało się: chcąc pomścić odwieczny ucisk pańszczyźniany, chłopi ruszyli na dwory, paląc je i mordując ich właścicieli. Była to typowa rewolucja stanowa, której przewodził Jakub Szela z Samorzowy. Zwano ją później galicyjską rzezią albo rabacją. W czasie tej społecznej rebelii zginęło około dwóch tysięcy osób. Czy w waszych stronach miały miejsce tego rodzaju wypadki?

We wschodniej Galicji były tylko nieliczne wypadki rzezi. Do Jaśniszcz docierały jednak odgłosy krwawych wydarzeń, które podobnie jak marzenia o wolności głęboko zapadły mi w serce.

Ponadto nasz dom był miejscem spotkań emisariuszy z okoliczną szlachtą i dyskusji na temat walki o niepodległość oraz udziału w niej ludności wiejskiej. Brali w niej udział ojcowie dominikanie z Podkamienia, a także księża jezuici wypędzeni z Rosji. Ja, jako dorastająca panienka, wprawdzie nie uczestniczyłam w nich, niemniej jednak uważnie nadsłuchiwałam, o czym mówili starsi i w głowie mojej rodziło się mnóstwo pytań.

Dlaczego Polska utraciła niepodległość? Czy winę za wszystko, co się stało ponoszą tylko zaborcy? Dlaczego Polacy dopuścili do rozbioru kraju? Dlaczego wieśniacy muszą za darmo pracować w dworach? Dlaczego oni są tacy biedni i mieszkają w kurnych chatach, podczas gdy my mamy wspaniały dwór i tyle pokoi? Dlaczego jest taka nierówność? Czy ich ucisk nie spowodował wybuchu nienawiści i mordów, które wstrząsnęły krajem i pogrzebały marzenia o wolności?

Z tymi pytaniami zwracałam się zarówno do ojca, jak i matki. Oni jednak najczęściej odpowiadali mi, że są to sprawy bardzo złożone i trudne, które zrozumiem jak dorosnę. Byłam jednak zbyt wrażliwą dziewczyną, by spokojnie czekać, aż przyjdzie czas zrozumienia. Dlatego często wracałam do swoich pytań, a gdy nie otrzymywałam zadawalającej odpowiedzi, zwracałam się z nimi do Boga. Pytałam Go, dlaczego jedni ludzie są bogaci, a inni biedni? Dlaczego bogaci nie chcą się podzielić z biednymi? Dlaczego jest tylu ludzi bez serca?

Stąd to moje przeświadczenie, że obok pogłębienia świadomości religijnej wiejskiego ludu, potrzebna jest także praca nad tym, by wyrobić w nich przekonanie, że oni także powinni troszczyć się o Polskę, że Polska to także ich ziemia, wsie, chaty i kościoły.

Należy więc przyjąć, że zaangażowanie Siostry i całego zgromadzenia w sprawę budzenia świadomości narodowej wśród ludności wiejskiej było wynikiem tego, co Siostra przeżyła jako młoda dziewczyna w domu i tego co przeżywał cały podzielony kraj. Proszę pozwolić, że na marginesie wypowiedzi o swoich wątpliwościach i pytaniach, z jakimi Siostra zwracała się wprost do Boga i chciałbym zapytać, gdzie i kiedy zaczęła Siostra tak z Nim rozmawiać, albo wprost pytać Go o tego rodzaju sprawy?

Był to niewątpliwie skutek głęboko religijnej atmosfery rodzinnego domu, gdzie sprawy Boże, chociaż zawsze były na pierwszym miejscu, nigdy nie przesłaniały spraw ziemi. Moi rodzice przez całe swoje życie, w którym nie brakowało cierpień, zwracali się do Boga, jak do kogoś bliskiego i stale obecnego w codziennym życiu. W ich pobożności – jak to dzisiaj oceniam – nie było nic z obyczaju religijnego. Była to religijność, w której świat Boga zlewał się ze światem ludzi, a przykazania Boże, a zwłaszcza przykazanie miłości bliźniego, wyznaczały kierunek ich postępowania. O moim ojcu mówiono: to człowiek żywej wiary. I istotnie tak było – wiara przenikała całe jego życie. Podobnie zresztą mówiono o matce.

Religijny klimat naszego domu wyznaczały jeszcze dwa czynniki. Pierwszy, to stała obecność we dworze Chrystusa Eucharystycznego. Jak już wyżej wspominałam, w dworze była kaplica. Drugi czynnik to częsta obecność w naszym domu światłych księży. Bywali u nas ojcowie dominikanie i księża jezuici, a także księża diecezjalni. Siłą rzeczy klimat religijny stale miał swoją wysoką temperaturę. Nic więc dziwnego, że gdy nie wystarczały mi odpowiedzi rodziców na moje pytania, zwracałam się z nimi wprost do Boga. Zresztą tak robiłam i później w dorosłym życiu. Ostatnią instancją, gdy zawodziły wszystkie ludzkie odpowiedzi i rady, zawsze był Bóg.

Czy też Go Siostra tak „zadręczała” jak i rodziców?

Obawiam się, że jeszcze bardziej. Jego przecież można prosić o więcej.

2. Dzieciństwo.

Z tego, co wiem była Siostra była miłą choć słabego zdrowia dziewczynką. Proszę powiedzieć kilka słów na temat swojego dzieciństwa...

To prawda. Byłam dzieckiem słabego zdrowia. Stale zagrażały mi suchoty, czyli choroba piersiowa, jak wówczas nazywano gruźlicę.

Byłam bardzo uczuciowa i wrażliwa. Uwidaczniało się to wtedy, gdy rodzice musieli ukarać kogoś ze służby lub moje siostry. Prosiłam wtedy mamę, by wybaczyła przewinienia. Nieraz z tego powodu wylewałam potoki łez. Stawałam w obronie zarówno sióstr, gdy te coś przeskrobały, jak i domowej służby. Bardzo źle znosiłam także widok ubogich i cierpiących. Gdy widziałam biednych, pytałam rodziców: Czy nie moglibyśmy pomóc temu żebrakowi, czy żebraczce?. Widok ludzi głodnych i nędznie ubranych był wielkim problem mojego dzieciństwa. Dlaczego ja mam wszystko a one nie mają nic? Dlaczego im nie pomagamy – pytałam samą siebie, by już nie niepokoić rodziców.

Gdy słucham tego, co Siostra mówi, nieodparcie nasuwa mi się pytanie: Skąd u Siostry w dzieciństwie było tyle wrażliwości w odniesieniu do spraw ludzkich? Oczywiście odpowiedzi mogą być różne, ale możliwa jest i taka: Bóg w swoim miłosierdziu od samego początku złożył w duszy siostry takie pokłady dobra, które już w dzieciństwie ujawniały się w postaci owej niezwykłej wrażliwości dla ludzkiej niedoli, a w przyszłości miały zaowocować czynną miłością bliźniego w pracy nowego zgromadzenia. Bóg bowiem w bardzo różny sposób przygotowuje grunt pod swoje dzieła.

Bardzo to ładnie ksiądz powiedział, ale nie jest to pytanie do mnie. Nie mnie oceniać, ile i co dał mi Bóg i jakie zamiary miał wobec mnie. Jedno tylko wiem: że wszystko, co dobrego zrobiłam lub pragnęłam zrobić, pochodziło od Niego.

Z tego, co Siostra powiedziała wcześniej i mówi teraz zrozumiałem, że pobożności i zasad wiary uczyła się Siostra od swoich rodziców.

To prawda, od najmłodszych lat odmawiałam pacierz, z którego na początku niewiele rozumiałam. Podstawowych prawd wiary i wynikającego z nich postępowania uczyła mnie najpierw matka a, następnie księża jezuici, którzy często przybywali u nas, a przez pewien czas byli nawet stałymi rezydentami.

W jednym z życiorysów wyczytałem, że Siostra religijnie rozwijała się niezwykle szybko. Matka siostry odnotowała nawet bardzo śmieszny dialog miedzy Siostrą, a młodszą siostrzyczką Władzią, na temat sposobu odmawiania różańca. Niech siostra posłucha: Władzia była dzieckiem bardzo żywym i w czasie odmawiania różańca przyspieszała słowa modlitwy. Róża natomiast modliła się powoli, z namaszczeniem. Niezadowolona Władzia mówiła:
- Dlaczego tak powoli mówisz Różo?
- A ty dlaczego tak pędzisz jak spłoszony koń?
Konflikt omal nie zamienił się w kłótnię i to przy modlitwie. Dziewczynki poszły jednak na kompromis i postanowiły, nie rozmawiać przy odmawianiu różańca, ale na migi pomagać sobie, by modlitwa miała charakter poważny i rytmiczny.
Czy rzeczywiście tak było?

To prawda, modlitewnych sporów miedzy mną a Władzią nie brakowało. Ona rzeczywiście była zawsze szybka, i to nie tylko w modlitwie, w przeciwieństwie do mnie, która byłam wyróżniającą się ślamazarą.

Niech Siostra nie przesadza. Z tego, co mi wiadomo, zarówno matka Siostry jak i księża jezuici, widząc pobożność i łatwość z jaką mała Róża zapoznawała się z prawdami wiary, postanowili dopuścić ją do pierwszej Komunii św. już w wieku ośmiu lat. Było to, jak na owe czasy, wydarzenie niezwykłe. Trzeba pamiętać, że do pierwszej Komunii św. dopuszczano dzieci po czternastym roku życia. Dopiero dekret papieża Piusa X zalecał wczesną Komunię św. Co Siostra na to? Jak Siostra przeżyła swój pierwszy kontakt z Chrystusem Eucharystycznym?

Moja Pierwsza Komunia św. miała miejsce w niezwykłych okolicznościach 8 grudnia 1846 roku. Byłam wtedy bardzo poważnie chora. Obawiano się nawet o moje życie. Dlatego zdecydowano, że Komunię św. przyjmę w swoim pokoju. Pierwszym moim spowiednikiem został ksiądz Kiejnowski – jezuita. Zarówno spowiedź, jak i pierwsza Komunia św. były dla mnie wielkim przeżyciem – także ze względu na stan zdrowia i warunki, w jakich to wydarzenie miało miejsce. Tej chwili nie zapomniałam nigdy. Tyle tylko mogę powiedzieć, że Zbawiciel był niezwykle łaskaw dla małości mojej. Reszta niech zostanie tajemnicą mojego serca.

Gdzie Siostra pobierała pierwsze nauki?

Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, razem z siostrami uczyłam się w domu. Miałyśmy lekcje języka francuskiego i niemieckiego, historii i literatury, gry na fortepianie oraz tego wszystkiego, czego wymagano w owych czasach od panienek z dobrego domu.

Jak układały się Siostry stosunki z guwernantką?

Zupełnie dobrze. To była bardzo miła pani, a ja chociaż nie byłam obdarzona zbyt wielkimi zdolnościami, to wyniki w nauce miałam zupełnie przyzwoite.

Czy w tym okresie miała Siostra jakieś przyjaźnie?

Moją serdeczną przyjaciółka od zawsze była młodsza siostra Władzia. Z nią najczęściej przebywałam, modliłam się, rozmawiam i chodziłam na spacery. Zresztą do końca jej krótkiego życia byłam z nią emocjonalnie głęboko związana.

A problemy? Czy były jakieś?

Moim największym problemem i cierpieniem w tym okresie była bieda wieśniaków. Nie mogłam patrzeć na ich niedolę. Ciągle apelowałam do rodziców o jakieś datki na rzecz obdartych dzieci, które spotykałam raz po raz. A już nie do zniesienia były dla mnie sytuacje gdy wiejskie dziewczynki mówiły: Ależ Panienka ma ładną sukienkę – a potem z żalem dodawały: - My nigdy nie będziemy miały takiej. Wtedy łzy stawały mi w oczach i odchodziłam ze smutkiem w sercu. A do matki mówiłam: Mamo oddaj im moje sukienki, oddaj moje trzewiki. Miałam też i takie pomysły, by chodzić boso i ubierać się tak jak wiejskie dziewczynki. Matka mówiła do mnie wtedy: Dziecko, ty masz bardzo dobre serce, ale my, szlachta, musimy żyć tak, jak ludzie naszego stanu. Wtedy pojawiało się na moich ustach pytanie, które zawsze miałam w pogotowiu: Dlaczego? Przecież uczyłaś mnie, że wobec Pana Boga wszyscy jesteśmy równi? Takie dialogi miedzy mną, a matką były na porządku dziennym.

Ze zgrozą słuchałam wieści z Galicji Zachodniej o napadach i mordach. Wszystko to nawarstwiało się w mojej psychice i świadomości i potęgowało moją wrażliwość. Na szczęście łagodziła ją modlitwa, która coraz bardziej przybierała charakter osobistej rozmowy z Bogiem. Bóg też stawał się powoli powiernikiem wszystkich moich poważniejszych problemów.

Kiedy Siostra przystąpiła do sakramentu bierzmowania, który dzisiaj się nazywa sakramentem chrześcijańskiej dojrzałości?

Sakrament bierzmowania przyjęłam mając dwanaście lat, w naszej rodzimej parafii w Podkamieniu. Był to bardzo ważny moment w moim życiu. Po raz pierwszy bowiem uświadomiłam sobie, jak bardzo ważnym był dla mnie Bóg; jak mnie pociągał i wzywał. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie, co znaczy to wezwanie. Miałam jednak świadomość, że Bóg, w sobie tylko właściwy sposób, zawładnął moją duszą. Wtedy też przed obrazem Matki Bożej przyrzekłam, że poświęcę się na Jego wyłączną służbę, i to w zakonie.

Jakie były powody, które skłoniły Siostrę do złożenia takiego przyrzeczenia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Jednego jestem jednak pewna, że było to silne dotkniecie Boga.

Czy nie kryła się za tym chęć poświęcenia się zaniedbanej ludności wiejskiej, przez pełną idealizmu młodą dziewczynę? Czy nie miały na to wpływu wieści, jakie nadchodziły z rejonów objętych rewolucją chłopską?

Nie wiem. Pamiętam tylko, że w swojej bezradności uciekłam się do modlitwy. Panie, odmień serca ludzkie – błagałam Boga. Spraw, by ziemianie ulżyli doli chłopa, by i ich dzieci nie chodziły głodne i nędznie ubrane. Spraw też, by zbuntowani wieśniacy przestali napadać na dwory, by nie zabijali dorosłych i dzieci. Wielu myśli i przeżyć z tego okresu nie jestem pewna, nie pamiętam racji i motywów, które kryły się za moją decyzją. Jedno jednak wiem: wtedy Bóg zawładnął moją duszą.

Rozumiem, że wśród takich i podobnych zgryzot, ale także miłej i serdecznej atmosfery rodzinnej upłynęło Siostry dzieciństwo. Gdzie i kiedy rozpoczęła Siostra naukę w szkole średniej?

W wieku lat czternastu, czyli w maju 1852 roku rodzice oddali mnie na pensję do sióstr Najświętszego Serca Pana Jezusa (Sacre Coeur) we Lwowie, gdzie miałam uzupełnić swoje wykształcenie. Nauka w tej szkole trwała przez cztery lata. Było to dla mnie spore przeżycie.

Z rodzinnego i sielskiego życia przeszłam do dużego miasta i obcego mi środowiska koleżanek wnoszących do szkoły własny świat, w którym dotąd się wychowywały. Przeskok ten jednak nie spowodował poważniejszych zakłóceń w mojej postawie, zachowaniu i religijności. Pozostałam sobą. Modliłam się, jak dawniej, a nawet więcej, co nie uszło uwagi sióstr zakonnych, które myślały nawet, że może w przyszłości wstąpię do ich zakonu. Tak się jednak nie stało. Bóg, jak się później okazało, miał inne plany w stosunku do mnie. Mam obawy, czy mogę w ten sposób mówić, ale z perspektywy czasu tak to wygląda. Zresztą nie ma w tym żadnej mojej zasługi.

Jak układały się Siostry stosunki z koleżankami?

Poprawnie. Lubiłyśmy się i szanowały, ale nie ukrywam, że traktowały mnie jakoś inaczej...

Czy Siostra rzeczywiście była inna?

Świat moich dążeń, myśli i pragnień był inny niż ich.

Z tego, co mi siostra już powiedziała, tak to rzeczywiście wygląda. Świat Siostry, młodej wówczas dziewczyny, jak ja to odczytuję, był światem z pogranicza natury i łaski. Stanowił istny Claudelowski ,,punkt przecięcia”, który jawił się w kilku punktach. Najpierw tam, gdzie ludzka prawość i wrażliwość spotyka się z Bożym dotknięciem, następnie, gdy dążenia ludzkie zmierzają ku dobru innego człowieka. Mam tu na myśli poczucie solidarności Siostry z biednym polskim ludem. I wreszcie, gdy nakaz miłości Boga i ludzi każe rzucić na szalę całe ludzkie życie, niezależnie od tego, czy się nam to podoba czy nie. Gdzieś w tym trójkącie - jak sądzę – sytuowało się wewnętrzne życie siostry i nadawało szczególną głębię jej młodej duszy, co musiało być zauważone przez otoczenie.

Rzeczywiście coś takiego w tym było. Sama jeszcze wówczas nie bardzo wiedziałam, co to wszystko znaczy. Co znaczy moje marzenie o oddaniu się Bogu? Jak zrealizować pragnienie, by wieśniakom żyło się lepiej? Często zresztą pytałam samą siebie: Co chcesz robić w życiu? Czemu chcesz się poświecić? Do czego zmierzasz, Różo? Podobne pytania stawiałam Panu Bogu. Bóg jednak ciągle milczał. Pozostał mi tylko ten pociąg do modlitwy i chęć przebywania z Nim. Gdy chodzi o koleżanki, to moje stosunki z nimi, jak wspomniałam, układały się dobrze, ale świat, jakim żyły i o jakim marzyły, nie był moim światem. Stąd siłą rzeczy wytwarzał się między nami pewien dystans.

Czy z tego powodu, jak wyczytałem w jakimś życiorysie, nazywano Siostrę świętą?

Trudno powiedzieć, ale wiem, że tak o mnie mówiono. Zresztą nie tylko to. Nieraz słyszałam, mówiły, widząc jak długo klęczałam, przygotowując się do spowiedzi:
- Z czego ona będzie się spowiadać? Ona nie ma żadnych grzechów!
- Ma, ma - mówiły realistki – Nie ma człowieka bez grzechów – i miały rację.
Nie wyobraża sobie ksiądz, jak nieraz czułam się biedna i grzeszna. Koleżanki czasem pytały mnie wprost:
- Róża z czego ty się spowiadasz?
- Są grzechy zewnętrzne – widoczne i znane wszystkim. Ale są też grzechy takie w środku o wiele cięższe od tych widocznych i to są moje grzechy.
- Nie gadaj Różo, ty jesteś taka przeźroczysta. Chłopcy cię nie interesują, na tańce chodzisz tylko dlatego, że są w programie nauczania, teatr cię nie interesuje, sióstr słuchasz, jak przykazań Boskich. Nie bierzesz udziału w naszych wygłupach i eskapadach.
Unikając ich dalszych wywodów, śmiejąc się mówiłam:
- To wszystko jeszcze przede mną...
Takie i inne rozmowy prowadziłyśmy w pensjonacie sióstr Sacre Coeur, gdy szłyśmy na przechadzkę lub w wolnych chwilach.

Jak ocenia Siostra ówczesną szkołę sióstr Sacre Coeur?

To była dobra szkoła, pełna dziewcząt, często czupurnych i niełatwych w prowadzeniu. Dzięki jednak rozsądnemu kierownictwu i dobrej kadrze nauczycielskiej, dawała – jak na owe czasy – spore możliwości duchowego i intelektualnego rozwoju. Osobiście bardzo cenię sobie czas pobytu w tej szkole. Wydaje mi się, że dużo tam zyskałam, gdy chodzi o moje życie wewnętrzne. Poza tym nauczyłam się płynnie mówić i pisać po francusku i niemiecku, zawarłam szereg znajomości, które bardzo mi pomogły w podejmowaniu ważnych decyzji. A co może najważniejsze, to pod koniec pobytu w szkole niezwykle wyraźnie uświadamiałam sobie, że swoje życie powinnam poświęcić Bogu. Pozostawała jednak sprawa, w jakiej formie miałoby się to spełnić? Stawiałam sobie to trzeźwe pytanie, czy moje pragnienie poświęcenia się Bogu nie jest tylko młodzieńczą mrzonką? Czy rzeczywiście jest wolą Bożą, żebym wstąpiła do zakonu.

To były bardzo ważne i dojrzałe życiowo pytania. Jak sobie Siostra z nimi poradziła?

Bardzo dużo modliłam się o rozeznanie woli Bożej. Następnie zwróciłam się po radę do znanych sobie ojców dominikanów i jezuitów, którzy bywali w naszym domu. W czasie tych powołaniowych rozmów pojawiła się też sprawa wyboru właściwego zakonu. W tym względzie nie było jasności. Z jednej strony serce ciągnęło mnie w kierunku zakonu kontemplacyjnego, z drugiej chciałam coś zrobić dla biednego, wiejskiego ludu. To był mój wielki dylemat życiowy. Co zrobić? Jak postąpić? Co wybrać? Do dziś nie wiem, dlaczego Bóg milczał. Miałam jasność co do powołania, ale nie wiedziałam, w jakiej formie je zrealizować. A może Bóg postanowił, bym żyła na rozdrożu pytań i niepewności? A może szanując moją wolność chciał, żeby decyzja należała do mnie i ludzi, których miałam spotkać na swojej drodze. Nie ukrywam, że przez całe życie miałam wątpliwości, co do sposobu realizacji swego powołania. Myśląc jednak o wstąpieniu do zakonu, musiałam najpierw uzyskać zgodę rodziców, a to nie było takie proste…

3. Pierwsze trudności

Na czym polegała trudność? Czy były jakieś sprzeciwy z ich strony?

Z matką nie miałam większych kłopotów. Moja matka była pobożną kobietą od lat związaną z trzecim zakonem św. Dominika. Bardzo mnie kochała i chciała mieć przy sobie; rozumiała jednak moje potrzeby duchowe i bez większych sprzeciwów, chociaż ze łzami w oczach, zgodziła się na moje wstąpienie do zakonu. Ojciec natomiast, mimo iż również był człowiekiem głęboko religijnym powiedział zdecydowane: Nie!
- Nie będę cię zmuszał do małżeństwa, ale nigdy nie zgodzę się na twoje wstąpienie do zakonu. Będziesz mogła modlić się ile tylko zechcesz. Będziesz mogła spełniać uczynki miłosierdzia, opiekować się wiejskimi dziećmi, ale musisz zostać w domu. Musisz być przy mnie.
Nie pomogły moje prośby i tłumaczenia.
- Tatko, co ja mam zrobić, kiedy czuję, że Bóg mnie wzywa na swoją wyłączną służbę? Czy ja mogę powiedzieć: zostaw mnie w spokoju Panie Boże? Przecież wiesz, że to niemożliwe, a poza tym wstępując do zakonu nie zapomnę o was. Powiem więcej, dzięki modlitwie będę bliżej was niż teraz, będąc w domu.
Ojciec jednak był nieugięty. W żaden sposób nie mogłam przełamać jego oporu. Ciągle tylko słyszałam:
- To niemożliwe. Nie!, Nie!
W końcu przestałam nalegać, zdając się na wolę Bożą. W domu zapanowało bolesne milczenie na temat mego zamiaru wstąpienia do zakonu. Były to pierwsze na drodze mojego powołania schody, których nie mogłam pokonać. Ja nie mogłam, ale dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Jak skończył się ten dramatyczny konflikt, nie tyle między Siostrą a ojcem, ile między ojcem a Panem Bogiem?

W tym dramatycznym okresie zmagań z ojcem poważnie zachorowałam. Jak już mówiłam, od dzieciństwa byłam słabego zdrowia i łatwo zapadałam na różne choroby. Teraz zaczęłam gwałtownie tracić na wadze. Na twarzy pojawiły się chorobliwe wypieki, które świadczyły o tym, że trawi mnie gorączka. Wezwany lekarz stwierdził u mnie objawy czynnej gruźlicy. Gdy zastosowane leki nie wpłynęły na poprawę zdrowia, wezwano najlepszych lekarzy lwowskich, ale i ci niewiele mogli pomóc - wszystkie medyczne środki zawodziły. W końcu zwołano konsylium lekarskie, które orzekło, że jestem bardzo ciężko chora i po ludzku sądząc zostają mi najwyżej trzy miesiące życia. Stwierdzili ponadto, że oprócz groźnej choroby płuc trapi mnie jakieś wewnętrzne cierpienie, które ujemnie wpływa na stan zdrowia. Gdyby udało się je usunąć, być może wpłynęło by to na poprawienie mego samopoczucia – twierdzili lekarze – a tym samym ułatwiłoby leczenie gruźlicy. Apelowali do rodziców, by pomogli mi wydobyć się z tego wewnętrznego cierpienia.

Czy rzeczywiście Siostra tak bardzo cierpiała wewnętrznie, iż to powodowało spadek odporności organizmu na chorobę i blokowało leczenie?

Myślę, że na to pytanie może odpowiedzieć tylko Pan Bóg. Ja sama nie bardzo wiem, co się ze mną działo. To prawda, że cierpiałam wewnętrznie, ale czy moje cierpienie mogło mieć aż taki zgubny wpływ na stan mego zdrowia? Z drugiej strony – muszę przyznać – że opanował mnie jakiś dziwny stan duchowy, rodzaj, nostalgicznej apatii.

Czyli to były drugie schody i to bardzo strome, wynikające z oporu ojca, które trzeba było pokonać, by dojść tam, dokąd Siostra chciała iść. Jak siostra zachowywała się w tym okresie?

Wszystko złożyłam w ręce Boga. Będzie tak jak Ty zechcesz Panie Boże – mówiłam w duchu. Dałeś mi nieśmiertelną duszę oraz pragnienie życia tylko dla Ciebie. Ja powiedziałam „tak”- zdecydowałam się wejść na drogę, którą mi wskażesz. Resztę pozostawiam Tobie. Jednak mimo całej ufności, jaką pokładałam w Bogu, cierpiałam strasznie. A co gorsza, nie rozumiałam charakteru tego cierpienia. Rodzice ze swojej strony również szukali ratunku u Boga. Dużo się modlili, zamawiali Msze św. w mojej intencji, a ojciec rozdawał hojne jałmużny w celu uproszenia dla mnie zdrowia. Nie wiele to dało. Mój stan ciągle się pogarszał.

Zdesperowany ojciec pytał zaprzyjaźnionych księży: Co jeszcze mam zrobić? Czego Bóg ode mnie oczekuje? Podczas jednej z takich rozmów – jak mi później powiedziano – księdzu Czyżewskiemu, jezuicie błysnęła taka myśl: skoro dni dziewczyny są policzone, czy nie byłoby wskazane, ażeby ojciec zgodził się na wstąpienie córki do zakonu. Wtedy Róża zeszłaby z tego świata w przekonaniu, że kochający ojciec pozwolił jej spełnić wolę Bożą. Nie zastanawiając się długo, powiedział do niego:

A wie pan, ja na pana miejscu, w zaistniałej sytuacji, zgodziłbym się na wstąpienie córki do zakonu. Przy jej stanie zdrowia pańska zgoda nie ma większego znaczenia, córce zaś dałoby to wiele radości. Ojciec spojrzał na księdza Czyżewskiego – wąsy mu drgnęły, wstał z fotela i w iście szlagońskim stylu powiedział:
- Niech Bóg sobie ją bierze kiedy i jak chce.
- Panie Franciszku niech pana uściskam - zawołał ksiądz - tak będzie najlepiej. I wziął starego szlachciurę w ramiona.

Ojciec słowa więcej nie powiedział i otarłszy oczy, które napełniły się łzami, ciężko usiadł na fotelu. Jeszcze tego samego wieczoru ksiądz Czyżewski poinformował mnie o zgodzie ojca na wstąpienie do klasztoru. Znając swego rodzica byłam tak zdumiona zmianą jego stanowiska, że długo nie mogłam wymówić słowa, a potem zaczęłam płakać. W końcu zawołałam: Dzięki Ci Boże, za Twój wielki dar. I rzuciłam się, by ucałować ręce księdza, który przyniósł mi tak nieoczekiwaną wiadomość.

Rozumiem, że dzięki chorobie, ale także i pomocy Bożej zostały pokonane drugie schody, które stanęły na drodze powołania. Pozostały jeszcze trzecie schody, czyli zdrowie. A przy takiej kondycji trudno było marzyć o wstąpienia do jakiegokolwiek zakonu.

Rzecz ciekawa, od momentu zgody ojca na podjęcie zakonnego życia, wstąpił we mnie nowy duch. Ja – dotąd milcząca i pełna smutku – zaczęłam się uśmiechać. Z twarzy zniknęło – jak mi mówiono - dziwne zamyślenie; zdrowie powoli, ale systematycznie zaczęło wracać. W końcu na tyle się poprawiło, że mogłam spokojnie myśleć o wstąpieniu do klasztoru.

Proszę Siostry, w tym momencie muszę postawić kilka pytań. Czy choroba Siostry, dziewczyny o słabym zdrowiu od dzieciństwa, nie rozwinęła się pod wpływem depresji na skutek kategorycznego stanowiska ojca w sprawie powołania? Taką hipotezę można przyjąć, gdy się zważy, że dopiero po zgodzie ojca na wstąpienie do klasztoru zdrowie Siostry zaczęło się poprawiać. Takie poprawy znane są w medycynie. Ale jest i drugie pytanie: Czy choroba siostry nie była próbą wiary zarówno ojca, jak i Siostry. Ojca – by sobie uświadomił, że Bogu w żadnym wypadku nie można mówić ,,nie”, a Siostry – że należy Bogu ufać zawsze i do końca. Czy Siostra może coś powiedzieć na ten temat?

Na pewno moja odpowiedź nie usatysfakcjonuje księdza. Jest to sprawa, której sama do końca nie rozumiem. Nie wiem na ile to był normalny tok zdarzeń, a na ile był to zamysł Boży, by posłużyć się moją chorobą i w ten sposób doświadczyć mojej i ojca wiary, a w konsekwencji otworzyć mi możliwość wstąpienia do zakonu. Myślę, że my możemy mówić tylko o faktach. A one były takie: byłam chora i przygnębiona, po zgodzie ojca na wstąpienie do klasztoru zaczęłam wracać do zdrowia. Reszta to sfera domysłów.

Ale zgodzi się Siostra ze mną, że było to podobnie, jak u Abrahama, coś z doświadczenia wiary?

Boję się na to pytanie odpowiadać, bo wyglądałoby tak, jakbym ja – słaba i grzeszna, chciała się porównywać z człowiekiem, którego nazywa się ojcem wszystkich wierzących. Poza tym byłaby to próba zaglądania Panu Bogu w okno, czego ze wszech miar nie godzi się robić.

Z pewnością Siostra ma rację, ale mnie wolno zastanawiać się nad tym, jaką drogą Bóg siostrę prowadził. Być może był to początek drogi przez mękę, której Siostra doświadczy w życiu Lecz nie uprzedzajmy faktów. Jak ojciec przeżył wstąpienie Siostry do klasztoru?

Niestety, ojciec nie doczekał ani tej chwili, ani nawet mego całkowitego wyzdrowienia. Zmarł 17 lutego 1855 roku. Ale gdy odszedł z tego świata czułam się już na tyle dobrze, że mogłam matce pomóc w załatwieniu wielu spraw majątkowych i związanych z tym formalności. Ponadto podtrzymywałam ją na duchu w tych ciężkich dla niej i nas wszystkich chwilach.

Dobrze to świadczy o harcie ducha Siostry, a także o jej praktycznym zmyśle i realnym patrzeniu na życie. Jak wyglądała w tym okresie sprawa wstąpienia do zakonu?

Pragnienie życia zakonnego było ciągle żywe i coraz bardziej się potęgowało. Pozostawał problem, do jakiego zakonu Bóg mnie wzywa. Rożne myśli snuły mi się po głowie. Pociągało mnie życie w ścisłej klauzurze, ale myślałam też o siostrach Sacre Coeur, gdzie się kształciłam i gdzie rozwinęło się moje życie duchowe. Bliskie memu sercu były także siostry dominikanki.

Czy sprawę tę usiłowała Siostra sama rozwiązać, czy też czekała na znak Opatrzności?

Wiele modliłam się w tej sprawie, ale także radziłam się swego spowiednika, ojca Donata Piątkowskiego, który polecił mi, bym udała się do Krakowa i z bliska przyjrzała się życiu sióstr dominikanek klauzurowych. Wszystko już zostało zaplanowane, lecz na przeszkodzie stanęła choroba, tym razem mojej młodszej siostry. Zamiast do Krakowa pojechałam do rodzinnego domu w Jaśniszczach. Tam dotarła do mnie wieść, że do Podkamienia, mojej rodzinnej parafii, którą prowadzili ojcowie dominikanie, przyjeżdża przełożony generalny zakonu ojciec Wincenty Jandel. Wiadomość tę przysłał mi spowiednik. On też polecił mi, abym ojcu generałowi powiedziała o swoich zamiarach i rozterkach, gdy chodzi o wybór zakonu. Bardzo ucieszyłam się tą wiadomością i odebrałam ją jako znak Bożej Opatrzności. Muszę się z nim spotkać i przedstawić stan swojej duszy – mówiłam do siebie. Mało tego, postanowiłam także, że powiem mu o swoich tęsknotach i marzeniach, gdy chodzi o życie zakonne, a także, że pójdę ślepo za jego radą, jakby za głosem samego Boga.

Było to bardzo odważne, iście młodzieńcze postanowienie. A może stał za nim Pan Bóg? Dziwne są bowiem drogi Boże. Kim był ojciec Jandel? Niech Siostra powie o nim kilka słów.

Ojciec Jandel był stosunkowo młodym człowiekiem i świeżo wybranym generałem zakonu dominikańskiego. Był to człowiek światły i pobożny. Swoją gorliwością zwrócił na siebie uwagę ówczesnego papieża Piusa IX, który polecił mu odnowienie ducha zakonu kaznodziejskiego, czyli dominikanów. Z woli papieża trudny ten obowiązek pełnił przez dwadzieścia trzy lata, aż do swojej śmierci w 1872 roku. W takim też celu przyjechał do Galicji. Niestety, polscy dominikanie nie byli przychylni jego reformom. Tylko u niewielu spotkał się ze zrozumieniem. Dlatego też ojciec Jandel rozglądał się za ludźmi, którzy nadawaliby się do przeprowadzenia zamierzonej przez niego reformy, zarówno w męskiej, jak i żeńskiej gałęzi zakonu.

Skąd ojciec Jandel dowiedział się o Siostrze?

Podczas pobytu u ojców dominikanów we Lwowie powiedziano mu, że jest taka młoda dziewczyna, która poważnie myśli o wstąpieniu do jakiegoś klasztoru, ale nie wie, jaki zakon wybrać.

Jak doszło do tego spotkania, decydującego o całym życiu siostry? Kiedy to było?

Dnia 2 lipca 1856 roku, wczesnym rankiem, po deszczu, który padał całą noc, w towarzystwie mojej starszej siostry Marii, udałam się do Podkamienia oddalonego o kilka kilometrów od Jaśniszcz. Byłam głęboko przekonana, że tam, gdzie wcześniej u stóp Matki Boskiej, złożyłam ślub wstąpienia do zakonu, rozstrzygnie się sprawa mego powołania. Punktualnie o wyznaczonej godzinie zjawiłam się w zakrystii kościoła w Podkamieniu. Podczas oczekiwania na przyjście ojca generała, serce waliło mi jak młotem, a umysł podsuwał różne scenariusze tego, co mogło się stać, nerwy powiększały jeszcze napięcie. Byłam jednak pewna, że ta rozmowa zdecyduje o moim przyszłym losie. Gdy ojciec generał stanął przede mną dygnęłam jak przystało na dziewczynę z dobrego polskiego domu, a równocześnie spłynął na mnie tak wielki spokój, że mogłam bez większych kłopotów, w sposób rzeczowy, przedstawić sprawy swojego powołania.

Jak przebiegało to spotkanie?

Po wymianie konwencjonalnych zdań, jakie w owych czasach obowiązywały przy tego rodzaju spotkaniach, ojciec generał, uśmiechając się powiedział:
- Wiele dobrego słyszałem o tobie, moje dziecko.
- Ojciec generał jest bardzo miły dla mnie – odpowiedziałam, lekko się rumieniąc.
- Słyszałem, że chcesz się poświęcić Bogu i szukasz sposobu, w jaki to zrobić. Powiedz mi coś więcej na temat swego przeświadczenia, że Bóg wzywa cię do swojej służby.
- Od najmłodszych lat lubiłam się modlić – rozpoczęłam swoją wypowiedź. Gdy podrosłam, nie interesowały mnie bale, wojaże zagraniczne, a tym bardziej kandydaci do mojej ręki. Zmarły ojciec bardzo chciał, bym została w domu. Przez długi czas nie wyrażał zgody na realizację mojego pragnienia, a zgodził się dopiero wtedy, gdy ciężko zachorowałam i groziła mi śmierć.
- Na co chorowałaś? – zapytał generał?
- To była gruźlica, ale Bogu dzięki wróciłam do zdrowia.
- Mów dalej o swoim powołaniu.
- Wraz z latami narastało we mnie przekonanie, że moje życie winno się spełnić w klasztorze, tym bardziej, że bardzo mnie pociągała modlitwa i żywy kontakt z Bogiem...
- O jakim klasztorze myślałaś? – zapytał generał i głęboko spojrzał mi w oczy.
- To mój wielki problem. Wiem, że Bóg mnie wzywa do swojej służby. W tej sprawie nie mam żadnej wątpliwości. Nie wiem tylko, czy moje życie ma się spełnić w klasztorze kontemplacyjnym, czy w jakimś zgromadzeniu czynnym? Bardzo pociąga mnie modlitwa, duch skupienia i całkowite odcięcie się od świata. Z drugiej jednak strony serce mi mówi, że tyle jest cierpienia i niedoli na świecie, tylu ludzi starszych i dzieci potrzebujących pomocy. Tak bardzo chciałabym, choć w niewielkiej części, temu zaradzić.

Muszę księdzu powiedzieć, że gdy mówiłam o swoich pragnieniach, jakbym zapomniała, że mówię do generalnego przełożonego wielkiego zakonu. Mówiłam to, co dyktowało mi serce, co czułam od najmłodszych lat i uznawałam za swoje i niezwykle ważne. A marzyłam o tym, by nie było dzieci głodnych, by umiały czytać i pisać, by było mniej ciemnoty na wsi, by nie było tak strasznej nierówności społecznej, która doprowadziła do rewolty chłopskiej, której efektem była krew, cierpienie i łzy.

Jak generał odbierał Siostry wyznania?

Trudno mi powiedzieć, ale wydawało mi się wtedy, że słuchał mnie ze wzruszeniem. Czułam też, że uważnie mi się przyglądał i analizował, czy nie ma w mojej wypowiedzi jakiejś fałszywej nuty. Czy nie mówiłam czegoś dla zrobienia na nim dobrego wrażenia? Czy wypowiadane słowa wyrażały moją wewnętrzną prawdę? Czy za wypowiedziami kryło się, chociaż jeszcze bardzo krótkie, ale całe moje życie? W końcu poprosiłam ojca generała o radę: Co mam robić? Jak pokierować swoim życiem? Jaki wybrać zakon? Niech mi ojciec generał pomoże podjąć decyzję.

Co ojciec Jandel na to?

Powiedział: Dobrze. Pomogę ci, ale ostrzegam, że to będzie wymagało od ciebie ofiary. Gdy usłyszałam te słowa, nawet nie drgnęłam – byłam gotowa na wszystko.

Z tego, co napisano na temat waszego spotkania wynika, że ojciec Jandel szybko zorientował się, że ma przed sobą dziewczynę bardzo inteligentną, wrażliwą, o czystej duszy i zdecydowanej postawie. Podobno powiedział w duchu sam do siebie: Tak, to jest właśnie to. Chyba sam Pan Bóg mi ją dał, no, może na interwencję św. Dominika i uśmiechnął się na tę myśl. Ta dziewczyna stanowi znakomity materiał na założycielkę odnowionego Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Posiada jasny umysł, duże zdecydowanie, żarliwość o sprawy Boże i to, co jest niezwykle ważne: rzadki dar oddziaływania na innych, a także umiejętność panowania nad sobą w kontaktach międzyludzkich. Jest to szczególnie potrzebne w zakonach żeńskich, gdzie tak łatwo o napięcia i niepokoje. Poza tym, to co mówi, jak na młodą dziewczynę, jest bardzo przekonywujące – rozumował. Ponadto – snuł swoją myśl – wzbudza zaufanie.

W kronikach pisze się wiele różnych rzeczy, jakże czasem mało prawdopodobnych.

Co było dalej?

Po chwili milczenia ojciec Jandel powiedział głośno, patrząc przed siebie: Bogu niech będą dzięki. Spojrzałam na niego, nie widząc za co generał dziękuje Bogu. Dopiero przy pożegnaniu uświadomiłam sobie, że miało to jakiś związek ze mną. Patrząc na niego zadawałam sobie pytanie: O czym on myśli? Co postanowi? Jakie będą moje losy? Po krótkiej przerwie, która dla mnie trwała całą wieczność ojciec Jandel powiedział: Moje dziecko. W oparciu o to, co mówiłaś oraz po modlitwie do Ducha Świętego, w której prosiłem o światło w twojej sprawie, doszedłem do wniosku, że bardzo kochasz Boga i biedny polski lud. Chciałabyś coś zrobić dla niego, ulżyć jego doli, nauczyć dzieci czytać i pisać, zaopiekować się chorymi i ubogimi. Dlatego uważam, że Bóg bardziej posyła cię do zakonu czynnego niż kontemplacyjnego. Gdy usłyszałam te słowa, pochyliłam głowę, powiedziałam głośno i wyraźnie: Niech się dzieje wola Boża.

Ojciec Jandel ciągnął dalej: Dlatego polecam ci, byś udała się do Nancy w Lotaryngii, gdzie od kilku lat istnieje klasztor Trzeciego Zakonu Dominikańskiego, w którym wiernie przestrzega się zakonnych reguł. Tam odbędziesz nowicjat. Po tym zobaczymy, jaka będzie wola Boża. Nie obiecuję ci powrotu do Polski, nie obiecuję łatwego życia. Być może będzie ono naznaczone cierpieniem. Ale wierzę głęboko, że jeżeli przyjdzie na ciebie cierpienie, to będzie ono dla sprawy Bożej.

Wypowiadając te słowa generał bacznie mi się przyglądał. Chciał się chyba zorientować, jaka będzie moja reakcja. Czy będę miała tyle siły, by opuścić kraj i rozstać się z rodziną; znał bowiem przywiązanie Polaków do rodzinnych stron. Ale nie koniec na tym. Badając powołanie pytał dalej: Czy jesteś gotowa na całopalną ofiarę, także i z tego, co ci jest bliskie i co kochasz, jak: rodzina i Ojczyzna? Czy jesteś gotowa złożyć śluby zakonne bez oglądania się wstecz, z gotowością na wszystko, czego od ciebie zażąda Bóg?

Słuchałam jego słów z wypiekami na twarzy, ale spokojnie odpowiedziałam: Tak, jestem gotowa. To był decydujący moment w moim życiu. Moje pierwsze „tak” powiedziane Bogu. „Tak” na wszystko, co mogło się zdarzyć, co będzie mnie czekało w przyszłości.

W ten sposób przekroczyła siostra trzeci próg, za którym rozciągała się przestrzeń innego życia, do którego siostra tęskniła od najmłodszych lat...

Po skończonej rozmowie z ojcem Jandelem pogodna i spokojna wyszłam do siostry Marii, która pełna niepokoju, czekała na mnie. Gdy zobaczyła uśmiech na mojej twarzy, wybuchnęła płaczem i powiedziała:
- To już koniec.
- Czego koniec? – śmiejąc się – powiedziałam, przecież nie umieram.
Nie wiem, ale to koniec! Koniec!.
- Mylisz się Mario, to dopiero początek...
- Opuszczasz nas!
- To prawda, ale tylko po to, by być bliżej was, chociaż w inny sposób.

W tym, co już napisano w życiorysach, można wyczytać, że ojciec Jandel po pożegnaniu z Siostrą przez jakiś czas siedział w zamyśleniu. A potem powiedział półgłosem: Niepojęte są drogi Boże. Mam dziwne przeświadczenie, że ta dziewczyna słabego zdrowia, ale wielkiego ducha da początek wielkiemu dziełu.


4. Początek drogi

Proszę powiedzieć, co działo się później?

Po rozmowie z ojcem generałem wewnętrznie bardzo się uspokoiłam i rozpoczęłam przygotowania do wyjazdu. Od czego zacząć? Od czego zacząć? – pytałam samą siebie. Tylko Maria wie o mojej decyzji. Trzeba najpierw – rozumowałam – przygotować rodzinę, a zwłaszcza matkę, z którą po śmierci ojca mieszkałam we Lwowie. Będzie to dla niej wielkie przeżycie. Muszę też poprosić pannę Tyszkiewicz, by pod moją nieobecność zaopiekowała się nią - planowałam. I rzeczywiście, Tyszkiewiczówna, aż do chwili swego wstąpienia do zakonu często odwiedzała moją matkę.

Jak matka przyjęła wiadomość, że siostra wyjeżdża do klasztoru we Francji?

Początkowo zalewała się łzami, nie tylko z powodu rozłąki, ale z powodu troski o moje słabe zdrowie. Z drugiej jednak strony była zadowolona, że – jak mówiła – jej ukochana córka przestała się wahać i będzie żyła życiem, o którym marzyła od dzieciństwa.
Nie martw się mamo – mówiłam do niej – Bóg wie co robi. Ojciec Jandel także nie zapominał o nas. W tym trudnym okresie pisał listy, utwierdzając nas w przekonaniu, że Bóg kieruje ludzkim losem. Z każdym listem od niego szłam do matki, dodać jej otuchy.
Mamo – mówiłam – w liście, który dzisiaj otrzymałam, ojciec generał pisze, żebym ze względu na zdrowie dopiero w maju wyjechała do Francji. Pisała też Matka Maria od św. Róży z Nancy, informując, że w tym rejonie Francji jest bardzo dobry klimat dla ludzi skłonnych do choroby na płuca. Dodała także, że siostry z radością czekają na mój przyjazd.

Innymi słowy, dzięki listom, jakie przychodziły od ojca generała i od przełożonej z Nancy, mogła Siostra spokojnie przygotowywać się na spotkanie z nową rzeczywistością.

To prawda. Wiele czasu spędzałam na modlitwie i rozmowach z matką, której chciałam niejako wynagrodzić zbliżającą się rozłąkę. Zgodziłam się także na prośbę matki, by pozować do zdjęcia, w dniu wyjazdu do Nancy.

Jak odbyło się rozstanie i jak przebiegała podróż Siostry?

No cóż, w dniu rozstania nie obyło się bez łez. Ale trzymałam się mocno. Pożegnałam się ze wszystkimi. W końcu poprosiłam matkę o błogosławieństwo i ruszyłyśmy w drogę. Jako że była to moja pierwsza podróż zagraniczna, towarzyszyła mi ciotka, hrabina Prebendowska.

W czasie podróży trzy sprawy zaprzątały mi głowę. Pierwsza to myśl związana z nową dla mnie sytuacją. Miałam realnie rozpocząć życie zakonne. I dlatego już w czasie drogi rodziły się pytania, czy będę dobrą zakonnicą. Czy to, co robię jest po myśli Bożej. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ta ostatnia wątpliwość będzie mi towarzyszyła przez całe życie. W czasie drogi dużo się modliłam, ale też przyglądałam się krajobrazowi. Patrząc na zadbane wsie saksońskie i francuskie, przez które przejeżdżałyśmy, często myślałam: Boże, dlaczego u nas nie jest tak jak tutaj? Zastanawiałam się też jak będzie w Nancy? Jak przyjmą mnie siostry? Czy wytrwam w swoim postanowieniu? Czy dochowam wierności Bogu? Często też powtarzałam w myślach: Bóg wie, co robi, a ja Jemu zaufałam...

Kiedy Siostra dotarła do Nancy?

Do Nancy przyjechałam 11 czerwca 1857 roku, w uroczystość Bożego Ciała.

A oto jak przełożona tamtejszego klasztoru scharakteryzowała polską kandydatkę. Niech siostra posłucha: Przybyła młoda i szlachetna Polka, panna Róża Białecka, w celu uformowania swego życia zakonnego z zamiarem powrotu do swego kraju, by tam ufundować Trzeci Zakon Regularny św. Dominika w biednej wiosce swego kraju i poświęcić się nauczaniu wieśniaków i zaopiekować się chorymi... Jest bardzo delikatna i nieśmiała. Czy siostra rzeczywiście była taka nieśmiała?

Nieśmiałość to była jedna z moich wad, ale później życie mnie nauczyło, jak ją pokonywać.

Będzie wiele okazji, by pomówić o wrażliwości, nieśmiałości i usposobieniu Siostry. Teraz chciałem zauważyć, że notatka przełożonej o celu pobytu Siostry w klasztorze w Nancy dobrze świadczy o jej rozeznaniu Siostry planów.

To niewątpliwie była zasługa ojca Jandela, który jasno przedstawił przełożonej moje pragnienia, a także swoje zamiary w stosunku do mnie. Jak pisał później, chciał nawet przyjechać do Nancy, by zaraz na początku życia zakonnego porozmawiać ze mną. Niestety, Opatrzność Boża inaczej pokierowała jego krokami.

Niech Siostra opowie, chociaż trochę, o początkach pobytu w klasztorze i o tym, co Siostra przeżywała, jako aspirantka?

Wszystko zaczęło się bardzo dobrze. Na początku postulatu ponownie oddałam się Bogu. Na modlitwie mówiłam do niego: Boże jestem Twoja teraz i na zawsze. Chcę Ci być wierna we wszystkim, czego ode mnie zażądasz. Chętnie rozmawiałam z przełożoną, która dodatkowo wyjaśniała różne kwestie związane z życiem zakonnym. Trudność przyszła z najbardziej nieprzewidzianej strony.

Co się stało?

Po kilku miesiącach pobytu w postulacie zaczęłam nieprawdopodobnie tęsknić za rodziną i krajem. Poczułam się ogromnie samotną, mimo iż siostry były dla mnie niezwykle dobre. Być może wpłynął na to fakt, że w Nancy oprócz mnie nie było żadnej Polki. Doszło do tego, że z każdym listem, jaki otrzymywałam od matki szłam do kaplicy i prosiłam: Panie Jezu, ratuj! Uwolnij mnie od tej udręczającej tęsknoty. Miałam wrażenie, że gdyby w chwilach nasilenia się tęsknot ktoś przemówił do mnie po polsku, to nie wiem, czy przetrwałabym ten czas próby. Sytuacje były tak dramatyczne, że nie pomagały mi modlitwy i wołanie do Boga o ratunek.

Co Siostra wtedy robiła?

Szłam do przełożonej i pytałam:
- Matko co mam robić? Tęsknota za krajem zabija mnie.
Pocieszała mnie, jak mogła, mówiąc:
- Przetrwaj ten czas – to próba.
Gdy jednak trudność nie ustępowała i dalej zżerała mnie tęsknota, w czasie kolejnej rozmowy z przełożoną zaczęłam o tym mówić. Ta, dotąd cierpliwa i wyrozumiała matka, powiedział twardo:
- Dziecko, ty nie masz powołania, wracaj do kraju i rodziny. Ty nie będziesz zakonnicą.
Słowa te spadły na mnie jak grom z jasnego nieba, ale miały dla mnie niezwykłą siłę leczniczą. Chyba sam Bóg podyktował je przełożonej. Uświadomiłam sobie wtedy z całą wyrazistością, że poddając się takim tęsknotom mogłam utracić powołanie. A poza tym postawiłam sobie pytanie, jaka jest rzeczywista przyczyna tej tęsknoty za rodziną i krajem? Czy przypadkiem nie jest to brak wiary i zaufania do Boga? Czy nie za dużo myślę o sobie? Czy nie zapomniałam o celu w jakim tu przybyłam? Te i inne pytania, jakie sobie wtedy postawiłam, otrzeźwiły mnie. I jeżeli jeszcze kiedyś te nieszczęsne tęsknoty wracały, to nigdy już nie miały takiej siły. Była to próba, jakiej zostałam poddana. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki za to, że ją przetrwałam. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że z podobnych prób – o wiele cięższych, będzie utkane całe moje życie.

Jak układały się stosunki Siostry z innymi kandydatkami?

Niezręcznie mi o tym mówić, ale mimo trudności, z jakimi się borykałam, byłam lubiana i ceniona zarówno przez siostry, jak i przez dziewczęta z pensjonatu, z którymi spotykałam się od czasu do czasu.

Nie miała Siostra problemów z dopuszczeniem do nowicjatu?

Nie. Zostałam dopuszczona bez żadnych zastrzeżeń, ale musiałam tak jak inne kandydatki zdać egzamin przed ojcem Markolinem Hue, który występował z ramienia księdza biskupa.

Jakie były pytania?

Zapamiętałam jedno, które dla mnie było wówczas najważniejsze. Ojciec egzaminator zapytał mnie: Po co chcesz wstąpić do zakonu św. Dominika?

Co Siostra odpowiedziała?

To, co czułam. Powiedziałam, że chcę cała należeć do Dobrego Boga. Wiem, że jestem słaba i grzeszna, ale bardzo pragnę, by Bóg mimo moich słabości wziął mnie za swoją.

Kiedy Siostra otrzymała habit dominikański?

Obłóczyny miały miejsce 30 kwietnia 1858 roku. Razem z habitem otrzymałam nowe imię: siostra Maria Kolumba. Od tego momentu zaczęto mnie głębiej wprowadzać w życie zakonne w duchu św. Dominika.

Na co zwracano wówczas uwagę?

Uczono nas przede wszystkim skupienia, modlitwy i kontemplacji według zasady założyciela zakonu: Contemplata aliis tradere. Była to zasada niezwykle ważna i zawsze aktualna. Trzeba najpierw na drodze medytacji poznać i pokochać Boże prawdy i przyjąć je za swoje, by następnie można było je przekazać innym. W przeciwnym wypadku głosicielom Dobrej Nowiny będzie groziła drętwa mowa i pustosłowie. Następnie mówiono nam, że najpewniejszą drogą do tego, by nasze życie w zakonie było twórcze i pełne rozmachu, konieczne jest naśladowanie Jezusa Chrystusa. Miało nas to przysposobić do głębokiego zjednoczenia z Chrystusem, a równocześnie przygotować na to, że oprócz radosnych chwili będziemy musiały przeżyć niejedno cierpienie, czyli przejść swoją drogę krzyżową.

Jak siostra odbierała te nauki?

Bardzo uważnie słuchałam wykładów i konferencji ascetycznych mistrzyni nowicjatu. A potem, rozmyślając, mówiłam sama do siebie: Ciekawe, co też Pan Bóg przygotowuje dla mnie? Jakie kłopoty na mnie ześle? Z czym będę zmagać? Jak się wkrótce okazało, nie musiałam długo czekać.

Co się stało?

Moja kochana mama, w trosce o mnie, zaczęła rozglądać się za fundacją klasztoru dla dominikanek, co nadawało sprawie niepotrzebny rozgłos i wprowadzało pewien zamęt. Zaprotestował przeciw temu ojciec generał, który jeszcze nie wiedział, jak potoczą się moje losy – przecież byłam dopiero nowicjuszką. Polecił mi, bym powstrzymała matczyne zapędy. Wiedziałam jaką sprawi jej to przykrość, ale nie miałam wyboru. Napisałam, by na razie nie podejmowała żadnych kroków, zmierzających do powstania fundacji. Poważniejsze i udręczające mnie sprawy przyszły od innej strony.

Jaki one miały charakter?

Czysto wewnętrzny. Przez znaczny okres nowicjatu raz po raz wracało do mnie pytanie, czy wybrałam właściwą drogę, mimo iż miałam za sobą autorytet ojca generała, którego darzyłam pełnym zaufaniem. Czy nie powinnam wrócić do Polski i schronić się za klauzurą kontemplacyjnego zakonu? Czy robię to, czego Pan Bóg ode mnie oczekuje?

Czy te pytania i wątpliwości nie wiązały się z faktem, że czuła siostra w sobie coś w rodzaju podwójnego powołania? Z jednej strony chciała Siostra prowadzić życie bogomyślne, kontemplacyjne, a z drugiej pragnęła ulżyć doli biednej ludności wiejskiej, czyli jako zakonnica prowadzić życie czynne. Ponadto, ale to jest tylko mój domysł – obawiała się Siostra trudności wobec jakich stanie, gdy wróci do Polski i będzie musiała zająć się fundacją nowego klasztoru, będąc osobą bardzo młodą, wrażliwą, słabego zdrowia i bez żadnego doświadczenia?

Być może ksiądz ma rację, ale mnie się wydaje, że w tym okresie nie byłam jeszcze na tyle zjednoczona z Bogiem, by zdać się całkowicie na Jego wolę – w myśl zasady: Pójdę Panie, gdzie mnie poślesz. Deklaracja wprawdzie była, gotowość także, ale wszystkie pragnienia i decyzje na ogół, z nielicznymi wyjątkami, powoli przekształcają nasze dusze. A na to, by spokojnie iść do przodu, potrzeba z naszej strony pełnego otwarcia się na Boga, co nie zawsze dzieje się od razu. Ze strony zaś Boga owa łaska bycia z Nim jest darem, którego On udziela, kiedy i jak chce. Nieraz trzeba na nią czekać długie lata. Myślę, że Pan Bóg chciał, żebym na nią poczekała.

Co Siostra robiła, by przeżyć te trudne chwile?

Szukałam pomocy u ojca Jandela. Donosiłam mu o swoich rozterkach i niepokojach, a także o nawrotach tęsknoty za ojczyzną. W listach do ojca generała pytałam: Co robić? Czy droga, która idę, jest właściwa? Czy nie byłoby lepiej, gdybym wróciła do Polski i wstąpiła do klasztoru klauzurowego sióstr dominikanek? Bywają dni – skarżyłam się – że nie mogę sobie poradzić z tęsknotą za krajem. Czy mógłby mi ojciec generał napisać, kiedy będę mogła wrócić w rodzinne strony? Niech mi też ojciec wyjaśni, co znaczą w świetle wiary i powołania te moje rozterki? Czy mam je traktować jak zwykłe pokusy? Czy też dokonać jakiejś korekty w moim życiu?

Myślę, że nie były to łatwe listy zarówno dla Siostry, jak i ojca generała. Musiała się Siostra liczyć z tym, że przez ich pryzmat będzie odebrana jako niepoważna dziewczyna, która nie jest w stanie podjąć jednoznacznej decyzji mimo wcześniejszego zalecenia generała. Na szczęście - jak mi się wydaje – ojciec Jandel był doświadczonym kapłanem i miał ów zmysł Boży, dzięki któremu bezbłędnie odkrył usposobienie Siostry. Zaakceptował chyba także i to, że Bóg brał Siostrę taką, jaka była, z całym bagażem zalet i ułomności. Chociaż, mówiąc prawdę, chyba sam, tak do końca jeszcze nie bardzo wiedział, czego Pan Bóg od Siostry oczekuje, jaką poprowadzi drogą, i jak ułoży się Siostry życie. Był jednak przeświadczony, że ta wrażliwa i pełna różnych wahań dziewczyna ma do spełnienia określone zadania religijne. Jak więc ojciec generał odpowiadał na Siostry listy?

Mniej więcej w sposób następujący: Dzisiaj myślę tak samo, jak dwa lata temu. Nadal uważam, że kongregacja w Nancy bardziej nam odpowiada niż klasztor krakowski i dlatego tam cię skierowałem. Nie ukrywam też, że wiem o twoim mocnym przywiązaniu do Polski, ale jest to, w pewnym stopniu, słabość wszystkich Polaków. Nie mogę ci też obiecać, że wrócisz do ojczyzny, choć tego pragnę. Nie mogę ci też wyznaczyć żadnego terminu ewentualnego powrotu. Wobec tego pytam, czy masz dosyć siły i hojności, aby Panu Jezusowi oddać się w całkowitej ofierze? Czy jesteś gotowa wyrzec się ojczyzny i rodziny? Czy jesteś gotowa złożyć profesję nie stawiając żadnych warunków ani zastrzeżeń? Zapytaj Pana Jezusa, swego spowiednika, Matki Marii i czyń to, co Duch Święty ci podpowie.

Zdecydowana i konsekwentna postawa ojca Generała podziałała na mnie jak drugi kubeł zimnej wody. Pierwszy wylała na mnie, jak już o tym mówiłam, przełożona z Nancy. Sprawa stała się dla mnie jasna. Koniec z rozterkami - powiedziałam sobie. Jeżeli chcę służyć Bogu, muszę wyrzec się wszystkiego. Czy stać mnie na to? – Po raz ostatni postawiłam to pytanie. Przez chwilę się zawahałam. Przed oczyma stanęła mi matka, siostry i rodzinne strony – wzgórza, doliny i falujące zboża. Ale zaraz przyszła mi na myśl rozmowa Chrystusa z bogatym młodzieńcem. Jego słowa: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem majętności wiele. Zrobiło mi się niezmiernie przykro, że ja - jak się wydawało, tak oddana Bogu - zawahałam się, gdy trzeba było Mu powiedzieć: Pójdę, gdzie zechcesz, zrobię co każesz! Wyrzucałam sobie, że jestem bardzo podobna do młodzieńca, który miał wiele majętności. Boże, zmiłuj się nade mną! - błagałam Boga na modlitwie.

Uświadomiłam sobie wtedy, że niewiele jeszcze rozumiałam, co znaczy iść za Chrystusem, że byłam o krok od smutku bogatego młodzieńca, który nie miał odwagi pójść za Chrystusem. Chciałam przecież - wyrzucałam sobie - pod wpływem swoich tęsknot przerwać nowicjat w Nancy. Prosiłam więc Boga o przebaczenie za chwile swojej słabości. Dziękowałam Mu równocześnie za to, że dał mi takiego duchowego przewodnika jak ojciec Jandel, który w krytycznym momencie przywołał mnie do porządku, przypominając kierunek drogi, jaki wybrałam. Boże mój – modliłam się – jakże jesteś niepojęty w swojej mądrości i dobroci. Jestem gotowa na wszystko.

Czy po lekturze listów ojca generała uspokoiła się Siostra wewnętrznie?

Tak, i z całą gorliwością starałam się korzystać ze wszystkiego, co działo się w nowicjacie. Szczególnie zaś bardzo się starałam, by dobrze poznać konstytucje i ducha nowego zakonu. Z zamiłowaniem zgłębiałam także klasyków duchowości dominikańskiej, a zwłaszcza Pisma św. Katarzyny ze Sieny, która wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Co szczególnego wyniosła Siostra z nowicjatu?

Wiele treści, spostrzeżeń i małych doświadczeń, które później bardzo mi pomogły w różnych sprawach, także w podejmowaniu decyzji. Ale za najważniejsze uważam wyrobienie w sobie głębokiego przeświadczenia o tym, jak ważne są natchnienia Boże. Jak starannie trzeba się w nie wsłuchiwać i odkrywać. Bóg bowiem może w różny sposób przemawiać do nas. Mogą to być ludzie, okoliczności, zdarzenia, cierpienia, czy radości. Dotarł także do mojej świadomości fakt, jak ważne dla duchowego rozwoju są owe, prawie niezauważalne, tajemnicze dotknięcia łaski, które pobudzają naszą religijność.

Czy korespondencja z ojcem generałem dotyczyła tylko życia wewnętrznego Siostry?

Nie tylko. Ojciec Jandel korespondował ze mną także na temat tego, co miałam robić po ukończeniu nowicjatu. W grę wchodziły sprawy majątkowe, o których musiałam zdecydować, miałam bowiem spory spadek po rodzicach. Ciągle wracał problem fundacji i aktywności zgromadzenia, które miało powstać na ziemiach Polski. W kwestiach majątkowych i fundacji ojciec generał korespondował, także z moja matką.

Z tego, co Siostra mówi wynika, że ojciec Jandel był nie tylko dobrym kierownikiem duchowym, ale także wielkim realistą i pragmatykiem.

To prawda. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że byłam młodą i bardzo niedoświadczoną zakonnicą. Do mojej matki pisał między innymi, że jeżeli zgromadzenie z Nancy zdecyduje się na fundację zakonu w Polsce, to winno wysłać ze mną jakąś doświadczoną siostrę, która nie tylko opiekowałaby się mną, ale także przygotowywałaby kandydatki do życia w zgromadzeniu. Byłoby to najlepsze rozwiązanie. Jeżeli przełożeni nie wyślą ze mną starszej siostry, to ja po złożeniu pierwszej profesji, po pobycie w Galicji, musiałabym wrócić z powrotem do Nancy i czekać na znak Opatrzności. Jako trzecią możliwość widział dla mnie, jako młodej zakonnicy, niezwykle trudne zadanie. Po przyjeździe do Polski, miałam razem z matką i innymi – jak określał to ojciec Jandel – ludźmi dobrej woli starać się o utworzenie, za pozwoleniem arcybiskupa lwowskiego wspólnoty Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Wyobraża sobie ksiądz, czym było dla mnie, młodej nowicjuszki, to zadanie?

W świetle tego listu widać, przed jakimi problemami, już w nowicjacie Siostra stanęła. Sprawa przyszłego życia Siostry rozgrywała się w kwadracie: ojciec Jandel, matka Siostry, zgromadzenie w Nancy i sama Siostra. Moje pytanie brzmi, czy te plany, jakże złożone i – co tu ukrywać – dosyć teoretyczne i niepewne, nie wpływały ujemnie na duchowy stan Siostry?

Nie. One były dla mnie wielkim wyzwaniem i nie osłabiły mego ducha. Wręcz przeciwnie - wzmocniły mnie. Z wielkim zapałem przygotowywałam się do złożenia ślubów zakonnych. Wiele się modliłam i myślałam o sprawach, które miały stanąć przede mną.

Czy przed złożeniem ślubów nie pojawiły się jakieś perturbacje, które mogłyby przygasić radość Siostry?

Niestety, tak. I tu Bóg nie oszczędził cierpienia. Przed złożeniem ślubów, które miało miejsce w dniu 30 kwietnia 1859 roku przełożeni poinformowali mnie, iż w związku z tym, że fundacja Trzeciego Zakonu w Polsce nie jest jeszcze pewna, moja profesja będzie miała charakter tylko czasowy, czyli że nie będą to śluby wieczyste. Powiedziano mi także, że gdyby fundacja w Polsce nie doszła do skutku, to wówczas musiałabym wrócić do Nancy, by złożyć profesję wieczną i pozostać tam na zawsze. Niby to wszystko wynikało już z listów ojca generała i jego myślenia, jednak taka wiadomość tuż przed ślubami bardzo mnie zabolała. W ten sposób moment ślubów, który miał się stać dla mnie dniem wielkiej radości, stał się czasem wielkiego udręczenia. Oto, w wypadku niemożności utworzenia fundacji, miałam, już w chwili pierwszej profesji, na zawsze wyrzec się ojczyzny, rodziny i marzeń o tym, by pracować wśród biednego polskiego ludu. Kości jednak zostały rzucone i nie cofnęłam danego Bogu słowa. Nie pytałam: dlaczego? Nie wiedziałam wówczas, że w ten sposób Bóg przygotowywał dla mnie pole działania właśnie w Polsce. Nie wiedziałam także, że to, co przeżywałam w dniu swoich pierwszych ślubów, to był przedsmak wobec cierpień, także duchowych, jakich miałam doznać w późniejszych latach swojej działalności. Na mojej historii, już w początkach drogi życia zakonnego, bardzo wyraźnie zarysował się cień krzyża. Ale ufałam, że ten mrok może być pełen światła.

Czy w czasie pobytu we Francji spotkała Siostra jakieś wybitne osobistości?

Tak. Poznałam sławnego kaznodzieję i pisarza ojca Lacordaire’a i ojca Besson – dominikanów. Ten ostatni zrobił na mnie wrażenie człowieka nie z tego świata – cichy, pokorny, zatopiony w Bogu. Mój Boże – myślałam sobie – jak on musiał być wierny swemu powołaniu, skoro Bóg pozwolił mu na takie zjednoczenie ze sobą...

Jak wyglądało pożegnanie z siostrami klasztoru w Nancy?

No cóż, jak zwykle przy takich okazjach było wiele miłych, serdecznych słów, trochę łez i jeden zabawny epizod: Matka przełożona widząc, że opuszczam wspólnotę, postanowiła utrwalić moją podobiznę. W tym celu zamówiła dobrego malarza, by mnie sportretował. Ten mimo wysiłków absolutnie nie mógł uchwycić mego podobieństwa. Zdenerwowany zapytał przełożoną:
- Kto to jest? Gdy patrzę na nią, to nie widzę jej twarzy, ale jakieś zmaganie wewnętrzne, którego nie rozumiem.
- To Polka. Przyjechała do Nancy, by odbyć nowicjat, a teraz wraca do Ojczyzny.
- Proszę jej powiedzieć – prosił artysta – by skoncentrowała się na czymś bliskim i przyjemnym.
Gdy przełożona mi to powiedziała, malarz natychmiast uchwycił podobieństwo.

Niech Siostra się przyzna, o czym wtedy myślała, że doprowadziła artystę do rozpaczy, a po uwadze przełożonej, przywróciła mu wiarę w siebie?

Najpierw myślałam o rozstaniu i o tym, co mnie czeka w Polsce, a potem, o czym powinnam zawsze pamiętać, a mianowicie, że na zawsze poślubiłam się Bogu, na dobro i zło, na radości i smutki, że mam zawsze iść za swoim mistrzem Jezusem Chrystusem.

Kiedy Siostra wyjechała z Nancy?

Z Nancy wyjechałam w czerwcu 1859 roku. Zabrałam ze sobą statuty i zwyczaje, tudzież inne materiały związane z tamtejszą kongregacją erygowaną w 1854 roku. Przed wyjazdem pytałam matkę, która z sióstr pojedzie ze mną do Polski? Ta z wielką troską odpowiedziała. Żadna, moje dziecko. Jak widzisz, jest nas niewiele. Znasz nasze braki personalne.

Nie ziściło się więc pragnienie ojca Jandela, by z Ssiostrą wyjechała jakaś starsza – doświadczona zakonnica

Zgromadzenie w Nancy było nieliczne i dlatego przełożona nie mogła żadnej siostry wysłać do Polski. Mało tego, ze względu na odległość i ówczesne środki lokomocji, zrzekła się nawet jurysdykcji, czyli władzy nade mną i nową fundacją zakonu, jeżeli taka powstanie. Miałam podlegać bezpośrednio miejscowemu biskupowi.

No, no - była to nie byle jaka odwaga, tak ojca generała, jak i przełożonej z Nancy, by licząca sobie zaledwie 21 lat zakonnica wyjechała sama z zadaniem powołania nowego zgromadzenia w Polsce. Co Siostra przeżywała wtedy? Co czuła? Niech Siostra uchyli rąbka tajemnicy.

Cóż mam powiedzieć? Oczywiście byłam pełna niepokoju, a zarazem ufności. Wiedziałam, że to jest bardzo trudne, ale u Boga nie ma nic niemożliwego. I z takim nastawieniem wyruszyłam do Polski.


5. Pierwsze kroki i pierwsze cierpienia

Jakie instrukcje otrzymała Siostra co do życia i postępowania w Polsce?

Zgodnie z zaleceniem ojca Jandela i matki przełożonej z Nancy, zaraz po przyjdzie do Polski miałam udać się do Kurii Biskupiej we Lwowie, by tam przedstawić się władzy diecezjalnej. Zastosowałam się do tego polecenia i udałam się do kurii.
- Z czym siostra do mnie przybywa? – zapytał ksiądz prałat Antoni Manastyrski, który w tym czasie spełniał obowiązki administratora archidiecezji.
- Mam reaktywować Zgromadzenie Sióstr Dominikanek Trzeciego Zakonu – powiedziałam z pewną zadyszką.

Prałat spojrzał na mnie i zapytał: - A ile siostra ma lat? Skończone dwadzieścia jeden.
- Jak długo siostra jest w zakonie?
- Jestem po nowicjacie i pierwszej profesji?
Czcigodny prałat chciał powiedzieć coś kąśliwego, ale gdy spojrzał na moją twarz pogodną i smutną zarazem, słowa uwięzły mu w gardle. Wziął do ręki konstytucje francuskiego klasztoru, które mu podałam, przekartkował je i powiedział:
- Ciekawe. Niech je siostra przetłumaczy na język polski.
Następnie poradził, abym na czas pracy nad konstytucjami, zamieszkała w jednym z lwowskich klasztorów żeńskich i czekała spokojnie na spełnienie się woli Bożej. Pożegnawszy księdza prałata wyszłam, by rozejrzeć się za jakimś zgromadzeniem, gdzie mogłabym się zatrzymać. Niestety, wszędzie, gdzie się udałam, spotykała mnie zdecydowana odmowa.

Dlaczego Siostra spotykała się z odmową?

Nie bardzo wiem. Jedne zakonnice mówiły: Możemy siostrę przyjąć na jeden, dwa dni – to wszystko. Inne, że nie mają miejsca lub zwyczaju, by jakaś obca zakonnica przebywała przez dłuższy czas w ich klasztorze. Mimo moich zapewnień, że w niczym nie będę przeszkadzała i we wszystkim poddam się porządkowi domu, przełożone mówiły nie. Nie możemy siostry przyjąć; niech siostra nas zrozumie. A ja nie mogłam zrozumieć. Odmówiły mi nawet siostry Sacre Coeur, u których kształciłam się przez kilka lat. Dlaczego? – pytałam samą siebie. Czy zwracałam się z niewłaściwą prośbą? Przecież idę za wskazaniami ojca Jandela i przełożonej z Nancy oraz zgodnie z poleceniem księdza prałata. Te i inne pytania tłukły mi się po głowie, a serce przepełniała gorycz. Nie mogąc nigdzie znaleźć miejsca, byłam zmuszona przez pewien czas w habicie mieszkać u swojej matki, co w owych czasach uchodziło za wysoce niestosowne. Ale co miałam robić? Cierpiałam strasznie. Czułam się odrzucona i usunięta poza społeczność zakonną. Oddawałam Bogu każdą chwilę codzienności: za grzechy moje przyjmuję to wszystko. Niech się dzieje święta wola Twoja, Panie.

W chwilach największej udręki pisałam o swojej sytuacji do matki przełożonej w Nancy. Ta odpowiadała mi bardzo serdecznie, zdając sobie sprawę ze stanu mego ducha. Nie zadręczaj się – pisała – Bóg więcej może niż myślisz. Módl się i ufaj Bogu. Podejrzewała także, że z powodu tych bolesnych przeżyć stan mojego zdrowia mógł ulec pogorszeniu. Dlatego radziła mi, żebym spędziła trochę czasu na wsi, a potem znowu zaczęła się starać o zamieszkanie przy jakimś klasztorze.

Zastanawiając się nad tym, dlaczego żadne zakonnice nie chciały przyjąć Siostry do swego klasztoru, nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Być może odnosiły się do Siostry nieufnie ze względu na jej bardzo młody wiek. Być może posądzano siostrę, jako młodą zakonnicę, o wygórowane ambicje zakonodawcze. A być może – co jest bardzo prawdopodobne – stawiano sobie pytanie, dlaczego z tak młodą zakonnicą nie przyjechała jakaś bardziej doświadczona siostra? Nie znano przecież sytuacji w Nancy. Nie można jednak wykluczyć i tego, że Bóg poddał kolejnej próbie to ludzkie, jakże kruche naczynie, jakim była Siostra Białecka. Czy te przeżycia i cierpienia osłabiły Siostry ducha?

Nie. A dzięki tym przeżyciom lepiej zrozumiałam prolog z Ewangelii św. Jana: Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Ja także przyszłam do swoich a swoi – współzakonnice, mnie nie przyjęły. Być może – myślałam, Bóg w swej ogromnej dobroci, na początku mojej działalności pozwolił mi doświadczyć tego, czego On sam doświadczył – odrzucenia przez swoich.

Zrozumiałam wtedy, jak ciężko czuć się obcym, nie chcianym. Ja, która byłam kochana przez rodzinę, a później przez siostry w Nancy, poznałam smak odtrącenia. Poczułam się jak żebraczka na ulicy, której nikt nie chce przyjąć. Zrozumiałam, co znaczy czuć się samotnym wśród swoich – chociaż przyznaję – moja sytuacja nie była najgorsza. Miałam przy sobie kochająca matkę. Co muszą czuć ludzie – zastanawiałam się – którzy nie mają nikogo? Gorycz odtrącenia, jaką przeżyłam była wielka, ale nie złamała mego ducha. Modliłam się i czekałam na jakiś znak. Szybko też uświadomiłam sobie, że to bolesne doświadczenie ma swój sens; pozwoli mi lepiej zrozumieć ludzi samotnych i nie chcianych. Ale to nie wszystko.

Co jeszcze wydarzyło się w tym okresie?

Po nieudanych próbach zamieszkania przy jakimś klasztorze zaczęto rozsiewać o mnie różnego rodzaju pomówienia, oszczerstwa. Najczęściej były to opinie osób niechętnych fundacji. Najbardziej bolało mnie to, że od samego początku, zanim fundacja w Wielowsi zaczęła przybierać realny kształt, było tylu jej przeciwników, i to z różnych środowisk. A co gorsze, ostrze niechęci skierowano przeciw mnie. Zaczęto o mnie mówić niestworzone rzeczy. Gorszono się i dosłownie obrzucano błotem. Posądzano o chore ambicje, nieposkromioną pychę.

Początkowo bardzo się tym przejmowałam. Zastanawiałam się, czy nie popełniłam jakiegoś błędu, że pojawiło się aż tylu niechętnych mi ludzi. Szybko jednak zrozumiałam, że odpowiedzi na tę trudność trzeba szukać na płaszczyźnie wiary, czyli postawić sobie pytanie: czego Bóg oczekuje ode mnie, wystawiając mnie na taką próbę? Czyżby to było kolejne doświadczanie mojej miłości i wiary? – pytałam samą siebie. A może wewnętrznie nie jestem wystarczająco czysta i Bóg chce wymieść z mojej duszy wszystko to, co w niej nie jest Jego? Idąc tym tokiem rozumowania zajrzałam w głąb siebie i odkryłam, że rzeczywiście nie wszystko w moim wnętrzu jest przeźroczyste i dobrze poukładane. Wtedy spostrzegłam, jak wielką łaską były owe kalumnie. Dzięki nim mogłam odkryć, ile jest jeszcze do zrobienia w mojej duszy. Poczułam się wtedy jak nasi prarodzice: Adam i Ewa, którzy po grzechu, zobaczyli, że są nadzy. Dzięki Ci Boże – powtarzałam przy okazji każdej plotki – za łaskę poznania siebie. Oni mają słuszność – taka jestem. Przestałam się denerwować i martwić o fundację, którą – jak mi się wcześniej wydawało – mogła zniszczyć ludzka niechęć. Zaczęłam jeszcze więcej pracować nad sobą, a także modlić się za niechętnych mi ludzi: Panie nie poczytaj im grzechu tego – prosiłam Boga. Dziękowałam Bogu za to, że dał mi odczuć moją winę. Powiedziałam sobie również, że w duchu pokuty przyjmę wszystkie przykrości, jakie mnie spotkają od ludzi. I wie ksiądz, mimo bólu, który wracał, odnalazłam pokój wewnętrzny.

W chwilach trudności często powtarzałam: Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, jaka jestem. Ty jesteś moim życiem, mimo grzechów, jakie popełniłam i popełniam. Ufam Twojej nieskończonej dobroci, Boże mój, po trzykroć Święty. Wierzę, że przyjmiesz mnie taką jaką jestem.

Boli mnie to, co ludzie o mnie mówią – skarżyłam się czasem – ale czymże jest mój ból wobec Twoich cierpień i wobec bólu świata, wobec umierających z głodu, chorych i bezdomnych, wobec cierpień matek nad mogiłami dzieci i dzieci nad grobami rodziców. Ten mój ból świadczy tylko o tym, jak mało jeszcze należę do Ciebie, Jezu Chryste. Jak nie potrafię zapomnieć o sobie. Zlituj się nade mną, Boże Najświętszy…

Z tego co Siostra mówi, wynika, że życie duchowe Siostry, w okresie wzmożonych trudności, intensywnie się rozwijało. Nie widzę też śladu buntu, rozżalenia czy pretensji, tak do ludzi, jak i do Pana Boga. Cierpiała Siostra, ale szybko się zorientowała, że cierpienie, z jednej strony nie wyklucza sensu i ma kapitalne znaczenie dla duchowego rozwoju, a z drugiej – może stać się dobrym podłożem dla przyszłej fundacji. O ile dobrze zrozumiałem, siostra wszystko przyjmowała i przeżywała w kategoriach wiary. Myślę też, że to, co Siostrę spotykało na początku drogi w Galicji, było znaczącym sygnałem, że musi się Siostra liczyć z tym, iż droga jaką wybrała nie będzie łatwa, ale podobna do tej, jaką szedł nasz Mistrz - Jezus Chrystus.

Takie myślenie i odczucie przyszło trochę później, ale na samym początku - tak myślę – za wiele było żalu i goryczy. Dopiero z chwilą, gdy zaczęłam głębiej zastanawiać się nad życiem Chrystusa i Jego naśladowców, sprawa stawała się coraz wyraźniejsza. Zaczęłam rozumieć, że Chrystus chce mnie prowadzić pewną drogą, a tą droga jest cierpienie.

Z tego, co napisano o Siostrze, wynika jednak, że ciężar pomówień był tak wielki, że gdyby siostra nie miała żywej wiary i świadomości, że droga, jaką dla Siostry wybrał Bóg była drogą cierpienia – to mogłaby się załamać, tak fizycznie, jak i psychicznie, tym bardziej, że Siostra była niezwykle wrażliwa i słabego zdrowia. Co było dalej?

Po okresie bolesnych doświadczeń i upokorzeń nagle pojawiło się światło. Moja mama przypomniała sobie, że ma znajomą u sióstr benedyktynek w Przemyślu. Nie zwlekając, udała się do niej z prośbą o przyjęcie mnie na czasowy pobyt w ich klasztorze, to znaczy do chwili powstania fundacji. Siostry benedyktynki bez trudności przyjęły mnie do siebie.

I tak oto po gorzkich doświadczeniach lwowskich mogłam działać zgodnie z dyrektywami, tak prałata Manastyrskiego, jak i ojca Jandela. Równocześnie mogłam się zabrać za tłumaczenie i przystosowanie konstytucji klasztoru w Nancy do warunków polskich.

Nie była to łatwa praca. Kongregacja miał powstać w Polsce, miała mieć trochę inne cele niż te, które posiadały reformowane klasztory dominikanek we Francji czy Anglii. Ze swoimi wątpliwościami zwracałam się do ojca generała, który nie szczędził mi rad i uwag, ale także z dużym zaufaniem odnosił się do moich pomysłów, za co mu jestem niezmiernie wdzięczna. Utrzymywałam też żywy kontakt z przełożoną z Nancy. Matka Maria od św. Róży żywo interesowała się moimi poczynaniami i stanem duszy, chociaż nadal nie chciała brać odpowiedzialności za moją działalność w Polsce.

Czy pobyt Siostry u benedyktynek był czasem spokojnym, wolnym od cierpień?

Niestety, nie. Mimo, iż miałam dobre warunki zarówno do pracy i modlitwy. Ciągle nie wiedziałam, jak będę mogła zrealizować plany zlecone mi przez ojca Jandela. Czasem wydawało mi się, że ich wykonanie w ogóle nie będzie możliwe. Ciągle nie było żadnych widoków na założenie nowej fundacji. Poza matką nie miałam w Polsce nikogo, kto by mógł mi doradzić, jak powinnam zabrać się do tego dzieła. Nękały mnie też pytania, co powinnam zrobić, jeżeli fundacja nie dojdzie do skutku. Myślałam nawet o powrocie do Nancy i pozostaniu tam do końca życia. Ale taka decyzja byłaby sprzeczna z planem ojca generała, a także z moim wewnętrznym przeświadczeniem, które mówiło mi, iż Bóg chce powstania nowej fundacji dla dobra polskiego ludu. Gdy zastanawiałam się nad tym, mówiłam do siebie: nie możesz się sprzeniewierzyć swoim marzeniom, gdy jako młodej dziewczyna, widziałaś tyle biedy. Nie możesz odstąpić od spełnienia woli Bożej, której wyrazem była decyzja ojca generała…

Moje wewnętrzne rozdarcie potęgował jeszcze fakt, że Bóg czasem usuwał się gdzieś w cień, co powiększało jeszcze poczucie osamotnienia. Gdzie jesteś Panie Boże? – pytałam. Dlaczego ukrywasz się przede mną? Dlaczego zostawiłeś mnie samą? Przecież wiesz, że bez Ciebie ani żyć ani umrzeć nie potrafię. Poza tym miałam spore trudności w dostosowaniu konstytucji z Nancy do warunków polskich. Wprawdzie ojciec Jandel udzielał mi rad, ale były to sugestie na odległość. Ponadto on nie znał tak dobrze polskiej rzeczywistości jak ja. Wszystkie te rozterki i wątpliwości, przy mojej wrażliwości i słabym zdrowiu, powiększały jeszcze cierpienie. Dlatego klęcznik, na którym modliłam się w kaplicy, był czasem mokry od łez.

Rozumiem Siostrę i nie dziwię się. Zdaję bowiem sobie sprawę z tego, jak wielki ciężar spoczywał na barkach Siostry – młodziutkiej i niedoświadczonej zakonnicy. Poza tym, jak mówi doświadczenie, wszystko, co wielkie, tak w porządku naturalnym, jak religijnym, rodzi się w męce i bólu. W chrześcijaństwie zaś w sposób szczególny każde dzieło Boże nosi stygmat cierpienia. Kiedy zabłysło jakieś światło i pojawiła się nadzieja?





6. Światło w ciemnościach

W czasie najgłębszych rozterek i pytań, któregoś dnia zawiadomiono mnie, że jakiś ksiądz chce ze mną rozmawiać. Pełna niepokoju, ale też jakiejś ukrytej nadziei, zeszłam do rozmównicy. Czekał tam ksiądz w średnim wieku, o stanowczych rysach twarzy i czymś, co z jednej strony budziło ufność, a z drugiej jakiś nieokreślony lęk. Był to ksiądz Julian Leszczyński, który niedawno otrzymał nominację na proboszcza w Wielowsi, leżącej w dobrach hrabiego Jana Tarnowskiego, kilka kilometrów od Dzikowa. Po zwykłych w takich okolicznościach słowach powitania, ksiądz Leszczyński przeszedł od razu do rzeczy:
- Dowiedziałem się w Kurii Biskupiej w Przemyślu, że siostra ma zamiar dokonać fundacji klasztoru dominikanek.
- Tak, to prawda – potwierdziłam.
- Niech mi siostra poda więcej szczegółów.
- Chodzi najpierw o wskrzeszenie Trzeciego Regularnego Zakonu Sióstr Dominikanek zlikwidowanego przez cesarza Józefa I, podczas kasaty niektórych zakonów.
- To wiem – przerwał mi ksiądz Leszczyński.
- Czym siostry chciałyby się zajmować po powstaniu fundacji?
- Poza troską o własne uświęcenie, chciałybyśmy iść do wiejskiego ludu, by podnieść jego poziom religijny i moralny.
- Jak to siostra zamierza robić? Proszę o szczegóły – dociskał mnie ksiądz Leszczyński.
- Chcemy zająć się nauczaniem i katechizacją dzieci w szkółkach parafialnych, a także dojeżdżać do wiosek w niedziele i święta, by tam katechizować dzieci i dorosłych. Chciałybyśmy też objąć przygotowaniem do Pierwszej Komunii wszystkie dzieci, ponadto zająć się bractwami, do których należą dzieci i dorosłe dziewczęta.
- Czy pomyślała siostra o chorych? - zapytał ksiądz, który z coraz większą uwagą i zainteresowaniem słuchał tego, co mówiłam.
- Tak. Chciałybyśmy odwiedzać chorych w ich domach i spieszyć do nich na każde wezwanie, tak w dzień, jak i w nocy. Siostry także czuwałyby i modliły się przy konających, a po śmierci towarzyszyłyby zmarłym w drodze na cmentarz”.
- Czy bierze siostra pod uwagę sprawę jakiejś pomocy medycznej?
- Tak, siostry, w miarę swoich możliwości oraz kompetencji i w tym względzie będą się starały pomóc chorym zalecając im dostępne lekarstwa i lecznicze zioła. Poza tym klasztor byłby zawsze otwarty na pomoc biednym i nieszczęśliwym.
- Dobrze siostro. Jeżeli Bóg pozwoli, to ziszczą się moje i siostry pragnienia. Zawsze chciałem wyjść na przeciw niedoli polskiego ludu, właśnie w takiej formie, jak mi to siostra przedstawiła. Wiejski lud stanowi podstawę i dla ojczyzny, i Kościoła. Potrzebuje tylko oświaty i pogłębionej wiary. Zawsze chciałem dla niego coś zrobić. Niestety – jak dotąd nie miałem ku temu możliwości. Dziś, gdy zostałem proboszczem w Wielowsi, takie możliwości się otworzyły. Wiem, jak ważną rolę mogą spełniać siostry w pracy parafialnej. Zawsze wiedziałem o tym, że jak zostanę proboszczem, to zaraz sprowadzę jakieś siostry. Nie ukrywam, że myślałem przede wszystkim o dominikankach. Bogu najwyższemu niech będą dzięki, za to, że spotkałem siostrę. Bierzmy się zatem do dzieła.
Tak skończyło się pierwsze moje spotkanie z księdzem Leszczyńskim.

Po tej rozmowie chyba Siostra dostała skrzydeł i nowy duch w Siostrę wstąpił?

Rzeczywiście, poczułam ogromna ulgę i radość. Po odejściu księdza Leszczyńskiego, pełna nadziei i dobrych myśli udałam się do kaplicy, by podziękować Bogu za otwierającą się możliwość zorganizowania fundacji. Nie wiedziałam – bo nie mogłam wiedzieć – że był to początek nowych zmagań i cierpień. Nie widziałam także, że w dużej mierze przyjdą one od człowieka, dzięki któremu, poza Bogiem, zaistniała fundacja. Człowiekiem tym był właśnie ksiądz Leszczyński.

Kim był ksiądz Leszczyński?

Urodził się 17 maja 1818 roku w Brzozowie, w ziemi sanockiej. W Przemyślu ukończył gimnazjum z wynikiem celującym. Następnie wstąpił do seminarium duchownego, także w Przemyślu. Tam ukończył filozofię i rozpoczął studia teologiczne. W 1841 roku zgłosił się do ojców bernardynów. Dziesięć dni później otrzymał habit zgromadzenia i rozpoczął nowicjat. Dwa miesiące później, ze względu na zdrowie, zrezygnował z życia zakonnego i dalej kontynuował studia teologiczne w seminarium diecezjalnym.

Dlaczego ksiądz Leszczyński chciał wstąpić do klasztoru?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Być może wpłynął na to nie najlepszy duch, jaki panował w ówczesnych seminariach w zaborze austriackim, gdzie obowiązywał jakiś rodzaj system policyjny i kształtowano przyszłych księży raczej na urzędników niż duszpasterzy, bardziej lojalnych wobec cesarza niż Papieża. Ale nie wykluczone, że kierowały nim względy natury wewnętrznej, bo ksiądz Leszczyński miał usposobienie trochę mistyczne – jak powie o nim po latach hrabia Stanisław Tarnowski. Był księdzem głębokiej wiary, który chodząc po ziemi nie zapominał o niebie. Trzeba też przyznać, że był człowiekiem niezwykle zdolnym. Znał język francuski, włoski, hiszpański, niemiecki i angielski. Dzięki temu był oczytany nie tylko w literaturze religijnej, ale i świeckiej.

Po święceniach, które otrzymał w 1842 roku, ciągle się dokształcał i gromadził w swej bibliotece znakomite dzieła. W roku 1848 wydelegowano go na sejm do Wiednia, a potem do Kromieryża. Po powrocie z Wiednia był pomocnikiem proboszcza w Gaci koło Przeworska, ale na żądanie gubernatora został przeniesiony do klasztoru bernardynów w Rzeszowie, by nie miał wpływu na lud, jako że był posłem na sejm. Znano bowiem jego troskę o ludność wiejską. Po pewnym czasie przeniesiono go do Lutczy, gdzie pracował siedem lat. Gdy zawakowało probostwo w Wielowsi, na wniosek kolatorki, hrabiny Gabrieli Tarnowskiej – która wolała wprawdzie innego kandydata, ale w końcu zgodziła się na księdza Leszczyńskiego – Biskup przemyski mianował go tam proboszczem. W uzasadnieniu pisał, że ksiądz Leszczyński jest człowiekiem o dużej kulturze wewnętrznej i wysokim wykształceniu. Kończąc swój list do hrabiny Tarnowskiej dodał, że jest to wzór kapłana katolickiego według serca Bożego i o prawie zakonnym trybie życia.

Z tego, co Siostra powiedziała wynika, że mamy już dwie osoby, które stworzyły podwaliny pod fundację dominikanek w Wielowsi: Siostrę i księdza Leszczyńskiego. Czy jest jeszcze ktoś, o kim trzeba w tym miejscu powiedzieć?

Tak. Jest to moja matka, która w różny sposób pomagała mi, także gdy chodzi o sprawy urzędowe, gdyż ja w świetle ówczesnego prawa uchodziłam jeszcze za osobę niepełnoletnią. Czwartą wreszcie osobą, bez której prawdopodobnie fundacja w Wielowsi nie doszłaby do skutku była hrabina Tarnowska, która jeszcze zanim dowiedziała się o dominikankach, marzyła o tym, by w jej dobrach pracowały zakonnice, szerząc oświatę wśród ludu, przykładem postępowania pociągały go ku temu, co dobre i szlachetne, a przede wszystkim do Boga. Gdy w tej sprawie prosiła o pomoc biskupa przemyskiego usłyszała odpowiedź: Chyba sam Pan Bóg was zsyła, bo niedawno była u mnie młoda siostra Białecka, która wróciła do kraju po odbytym nowicjacie we Francji, w klasztorze sióstr dominikanek czynnych. Pragnie założyć ten zakon w Polsce, szuka miejsca, gdzie by mogła to uczynić i prosi o radę, do kogo ma się zwrócić.

Czy nie sądzi Siostra, że biorąc pod uwagę zbieg wszystkich zaistniałych wówczas okoliczności, nieodparcie nasuwa się wniosek, że była w tym ręka Opatrzności. Bóg w swojej dobroci, po długim okresie cierpień, modlitw i niepewności, sprawił, że pragnienia Siostry przybrały realny kształt. Był to namacalny dowód na to, że Bogu należy ufać zawsze, niezależnie od okoliczności.

Całkowicie się z księdzem zgadzam. Inaczej tego nie da się zrozumieć. Mam tylko do siebie żal, że moja wdzięczność wobec Boga jest tak mała…

Jakie były wasze dalsze poczynania?

Razem z księdzem Leszczyńskim oraz moją matką, całą sprawę przedłożyliśmy zarówno w konsystorzu, jak i ówczesnemu biskupowi Wierzchleyskiemu, który niedługo potem został mianowany arcybiskupem lwowskim. Po nominacji księdza Jasińskiego na biskupa przemyskiego złożyłam mu wizytę, przedstawiając sprawę fundacji. Obydwaj biskupi bardzo przychylnie odnieśli się do mojego projektu. Biskup Jasiński z wielką radością zgodził się na założenie nowego zgromadzenia w swojej diecezji i zalecał mi, bym jak najszybciej zamieszkała w Wielowsi, gromadząc dziewczęta zainteresowane życiem zakonnym. Obiecał także, że po zapoznaniu się z konstytucjami, zatwierdzi zgromadzenie na prawie diecezjalnym, by później można było uzyskać dla niego zatwierdzenie rządowe.

Moja matka – w imieniu swej niepełnoletniej córki – napisała list do konsystorza, prosząc o poparcie zamysłu powołania fundacji Zgromadzenia Trzeciego Zakonu Świętego Dominika. Do listu dołączyła przetłumaczone na język polski konstytucje. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że przy rozpatrywaniu zatwierdzenia nowej fundacji bardzo ważnym czynnikiem będzie cel nowego zgromadzenia, a także warunki materialne zapewniające egzystencję zakonnic. Lojalnie przyznała, że nowa fundacja nie ma jeszcze wystarczających podstaw materialnych, ale zarówno ona ze swego majątku, jak i ksiądz Leszczyński z beneficjum parafialnego będą każdego roku przeznaczali na klasztor pewne sumy. Pisała także o innych możliwościach, które zapewniałyby zakonnicom byt materialny. Prosiła też konsystorz o przychylne ustosunkowanie się do nowej fundacji.

Po rozmowie z księdzem Leszczyńskim i po złożeniu wizyty nowemu księdzu biskupowi w Przemyślu, kiedy sprawy fundacji zaczęły przybierać pozytywny obrót, udałam się na letnie miesiące na wieś do swojej siostry Władysławy zamieszkałej koło Sanoka, w celu podreperowania swego zdrowia, które znów zaczęło szwankować. Był to rok 1860.

Czyli w końcu zastosowała się Siostra do zalecenia przełożonej z Nancy.

Tuż przed wyjazdem powiadomiłam księdza Leszczyńskiego o swojej rozmowie z biskupem przemyskim oraz przesłałam mu konstytucje zgromadzenia. W odpowiedzi ksiądz Leszczyński podzielił się swoją wizją życia zakonnego oraz naszkicował ideał dominikanki, jako siostry parafialnej. Pisał między innymi: Coraz żywszym pragnieniem chcę mieć was u siebie, a przez was w parafii zastęp dusz czystych, ofiarnych i pomocnych w parafii. Pragnę mieć dla parafian, po większej części chorych (...), maluczkich, dla kalek, dla obojętnych. W was winni ludzie mięć obraz i wzór miłości, ciągłej i niezmordowanej litości. A czegoż potrzeba każdej gromadzie wiernych, jak nie dusz pełnych ducha Bożego, ducha wiary, nadziei, męstwa, miłości i modlitwy. Wasz duch wszystko, co martwe ożywi, odtworzy, oczyści i zapali... W liście zaproponował także spotkanie w Wielowsi ze mną i moją matką, by szczegółowo omówić sprawę fundacji. A na koniec napisał: Gorąco proszę Boga, żeby sobie z ciebie raczył uczynić narzędzie całkiem stosowne do swych wiecznych zamiarów.

Nie sądzi Siostra, że ten list mówi o wysokiej duchowej klasie księdza Leszczyńskiego?

Ma ksiądz rację. Z tego okresu wiele zawdzięczam księdzu Leszczyńskiemu, także w sensie duchowym. Zaproszenie do Wielowsi przyjęłam z wielkim wzruszeniem. Oto miałam się udać do miejsca, gdzie być może zacznie się realizować tajemniczy Boży plan oraz moje marzenia o pomocy wiejskiemu, zaniedbanemu ludowi, a także zamysł ojca Jandela o nowej generacji dominikanek nastawionych bardziej na służbę człowiekowi, w myśl ideału świętego Dominika Contemplata alis tradere. To, co się przemodliło, pokochało, trzeba innym przekazać.

Kiedy Siostra udała się do Wielowsi?

Było to jesienią 1860 roku. Wielowieś należała do najstarszych miejscowości w tym rejonie kraju. Długosz nazywał ją Magnaville. Położona była po prawej stronie Wisły, w lasach puszczy sandomierskiej. Jak wynika z dokumentów już w 1215 roku posiadała parafię i kościół, który był fundacją Mędrostków. Na drodze koligacji małżeńskich w 1349, przeszła we władanie Tarnowskich, kiedy to Rafał z Tarnowa poślubił córkę Dzierżykraja imieniem Dzierżka, która w posagu otrzymała właśnie Wielowieś. Od tego momentu, aż do czasów komunistycznej nacjonalizacji, po drugiej wojnie światowej, bez przerwy należała do Tarnowskich. Oczywiście, Wielowieś dzieliła losy kraju. Była więc niszczona i palona na skutek najazdów Litwinów, książąt ruskich i Tatarów. Ci ostatni brali miejscowa ludność w jasyr, o ile ta nie zdołała ujść w głąb puszczy.

Jakie wrażenia wyniosła Siostra z tej podróży?

Po drodze mijałyśmy większe i mniejsze dworki szlacheckie, nędzne chłopskie zagrody i gromady ludzi pracujących na pańskim. Na chłopskich zagonach widać było tylko dzieci i staruszków. Przypominało mi się wtedy wszystko to, co przeżyłam jako dziecko w domu rodzinnym. Co ja będę mogła dla nich zrobić? – pytałam siebie. Czego ich nauczyć? Czy siostry zdołają unieść taki ciężar jak służba najbiedniejszym? Czy nie wpadną w konflikt z właścicielami pańszczyźnianych chłopów, których dzieci będą uczyły innego sposobu życia? Czy się nie załamią w zetknięciu z nędzą i ciemnotą wiejskiego ludu. Do głowy przychodziły mi te i podobne myśli, których natłok od czasu do czasu przerywała matka, zwracając mi uwagę na krajobraz czy inne osobliwości, jakie mijałyśmy po drodze.

Jak wyglądało wasze spotkanie z księdzem Leszczyńskim i miejscowym ludem?

Do Wielowsi dotarłyśmy dnia 23 września 1860 roku. Ksiądz Proboszcz przywitał nas serdecznie i z otwartymi ramionami . We wstępnej rozmowie ustaliliśmy program naszego pobytu w parafii. Jednym z ważnych punktów było spotkanie z miejscową ludnością.

Kiedy to nastąpiło?

Po sumie, w której uczestniczyłam razem z mamą, zebrali się parafianie. Ksiądz Leszczyński, w krótkim przemówieniu przedstawił mnie oraz sprawę fundacji klasztoru zebranym wiernym, apelując o współpracę w tym dziele. Parafianie chętnie zgodzili się na propozycję księdza proboszcza, a nawet wysłali delegację do hrabiny Tarnowskiej z prośbą o pomoc w realizacji projektu.

Co w tym dniu działo się w Siostry duszy?

Z całego serca dziękowałam Panu Bogu za to, że zamysł fundacji zaczął przybierać realne kształty. Po obejrzeniu starej, drewnianej wikarówki, postanowiłam w niej zamieszkać, mimo iż była zaniedbana i bardzo ubogo wyposażona. Pan Jezus – myślałam – urodził się, żył i pracował jeszcze w gorszych warunkach, dlaczego więc ja – niegodna Jego służebnica – nie miałabym żyć podobnie. Zresztą ufałam Bogu i ludziom, miałam żywą nadzieję, że uda mi się zbudować dla sióstr odpowiedni klasztor, który będzie spełniał wszystkie warunki zakonnego domu. Po omówieniu spraw związanych z fundacją obydwie z matką wróciłyśmy do Przemyśla.

Jak zareagowała hrabina Tarnowska na wieść, że Siostra zjawiła się w Wielowsi?

Iście po pańsku. Następnego dnia po moim wyjeździe zjawiła się w Wielowsi wraz synem Janem i na ręce księdza Leszczyńskiego złożyła pierwszą ofiarę na klasztor w wysokości 100 florenów w złocie i srebrze. Podczas następnej wizyty, pierwszego października, oświadczyła, że oboje z synem podarują miejsce pod przyszły klasztor. Ponadto ich lasów obiecała dać drewno na budowę. W dwa dni później, kiedy ksiądz Leszczyński udał się z rewizytą do jej rezydencji w Dzikowie, z podziękowaniem za złożoną ofiarę i obiecaną pomoc, hrabina znowu ofiarowała na jego ręce, ze swoich oszczędności, trzy dukaty i czterdzieści reńskich w srebrze. I tak, już realnie, a nie tylko w sferze projektów, zaczęła się nowa fundacja.

Rzecz jasna, że były to dopiero początki. Czy było dużo dyskusji nad projektem klasztoru?

Istotnie dyskusji było wiele. Jedni chcieli, aby to był dom z drewna i nie za wielki, gdyż taki będzie łatwiej zbudować. Ksiądz Leszczyński zaś chciał, żeby to był solidny, murowany klasztor, godzien stać się matką wszystkich późniejszych klasztorów sióstr dominikanek. Tak też się stało. On zabiegał o ofiary i materiał budowlany na klasztor oraz starał się o formalną zgodę władz kościelnych i państwowych na powstanie fundacji.

Czy informował Siostrę o swoich poczynaniach?

Bardzo solidnie i systematycznie. Ja z kolei pisałam mu o wszystkim, co leżało mi na sercu, i to nie tylko w sprawach fundacji, ale także o różnych, moich wewnętrznych niepokojach, których mi nigdy nie brakowało. Ksiądz Leszczyński nie szczędził mi rad, zarówno gdy chodzi o sprawy związane z fundacją jak i życiem duchowym. Korespondencja z tego okresu, jaka się między nami wywiązała, była wyrazem wzajemnego zrozumienia i zaufania. Nic nie wskazywało na to, że kiedyś może dojść miedzy nami do głębokiego rozdźwięku i przysporzy nam obojgu wielu cierpień.

Czy były jakieś inne propozycje co do miejsca fundacji?

Tak. Podczas zabiegów księdza Leszczyńskiego o fundusze na rzecz budowy, zaproponowano mi założenie domu w Warężu, miasteczku położonym kilkadziesiąt kilometrów od Zamościa. Był to solidny klasztor, który opuścili ojcowie pijarzy, po przejęciu przez Austrię tej części kraju. Stanęłam wtedy wobec wielkiego problemu – co wybrać, na co się zdecydować? Klasztor był w dobrym stanie i położony w pobliżu miejsca zamieszkania mojej rodziny, która była mi zawsze bardzo bliska. Mogłam więc po wielomiesięcznych staraniach niejako od razu zrealizować myśl o fundacji. W Wielowsi natomiast, oprócz całym sercem oddanego, sprawie księdza Leszczyńskiego, nie było nic. Po krótkim wahaniu wybrałam jednak Wielowieś.

Co wpłynęło na decyzję, że zamiast dostatku wybrała Siostra trud budowy, niepewność, ubóstwo i niewygody?

Niemały wpływ na moją decyzję miał fakt, że pierwsze kroki postawiłam w Wielowsi i że wielu ludzi już się zaangażowało w sprawę budowy klasztoru. Następnie byłam przekonana, że przyszłe kandydatki na siostry znajdą w księdzu Leszczyńskim właściwą opiekę duchową. W tym okresie uchodził on w moich oczach za kapłana według serca Bożego.

Jak ksiądz Leszczyński przyjął decyzję Siostry?

Wzruszyła go niezwykle głęboko, czego dał wyraz w liście do mnie z dnia 8 listopada 1860 roku. Pisał między innymi: Własną ręką postanowiłem nosić cegły na wasz klasztor i kościółek (...) Czyliż mogę śmiało i bezwzględnie przyjąć waszą wspaniałomyślną ofiarę? (...) Ty prawa córko świętej Katarzyny Sieneńskiej i świętej Róży, świętego Dominika? Wiem, że biegłabyś tam, gdzie lepiej i bliżej mogłabyś być Jezusa ubogiego, stroskanego, wzgardzonego i Jego naśladować. Ty nauczona w szkole mądrości zakrytej przed światem rozmiłowałaś się w ubóstwie (...) Z wybrania Bożego, na które drudzy wzdragają się i od których uciekają (...) Panie Jezu, racz ukazać sługom twoim coś, co od nich chcesz. Skłoń w stronę tobie upodobaną. Wyzuj ze wszelkich względów ziemskich i ludzkich, a natchnij jedynymi pragnieniami większej chwały swojej i pewniejszego zbawienia naszego.

Po otrzymaniu tego listu jeszcze bardziej upewniłam się, że podjęłam słuszną decyzję. Powiadomiłam też księdza Leszczyńskiego, że jeżeli zrealizują się zamiary założenia klasztoru w jego parafii, to będę go prosiła o kierownictwo duchowe powstającego zgromadzenia: Kierownictwo Szanownego Księdza Proboszcza Dobrodzieja – pisałam – droższym jest niźli wygoda, jaką miałybyśmy w gotowym klasztorze w Warężu, a także bliskość rodzinnych stron. Przewodnik wedle Serca Bożego, szczególnie w początkach, z niczym nie da się porównać.

Jak z tego wynika, w proboszczu z Wielowsi znalazła Siostra, w początkach swojej działalności, jako założycielka nowego zgromadzenia, oddanego doradcę nie tylko w zakresie problemów związanych z fundacją, ale także w kwestiach dotyczących działalności sióstr i życia zakonnego. To było bardzo ważne, ze względu na młody wiek Siostry i brak doświadczenia. Jak przebiegała budowa klasztoru?

Sprawa fundacji powoli, ale systematycznie posuwała się naprzód. Ksiądz Leszczyński, będąc człowiekiem wykształconym i znanym, pozostawał w przyjaznych stosunkach z wpływowymi osobistościami. Gdzie sam nie mógł dotrzeć, tam posyłał oddanych sobie ludzi. Warto tutaj wspomnieć o najbardziej zasłużonych osobach – poza hrabiną Tarnowską – działających na rzecz fundacji w początkowym okresie jej powstawania. Należeli do nich Walenty Żarow z Sobowa, Łukasz Kuraś i Tomasz Gałka, których ksiądz Leszczyński wysyłał do okolicznych dworów, prosząc o pomoc dla powstającego zgromadzenia. W ten sposób okoliczni księża wraz z dziekanem księdzem Nowickim zaznajomili się z planami moimi i księdza Leszczyńskiego. Ksiądz dziekan zachęcał później okoliczne duchowieństwo i ziemian, by czynnie wspierali dzieło, jak mówiono – Siostry Białeckiej. Mało tego ksiądz Leszczyński osobiście udał się do rektora seminarium w Sandomierzu, księdza Foltańskiego, który zobowiązał się dostarczyć kamienie na fundamenty przyszłego klasztoru, a hrabina Ledóchowska obiecała dać oprócz kamieni także wapno. Ponadto zbierał on inne materiały potrzebne na budowę.

W pełni doceniałam wysiłki proboszcza wielowiejskiego, a widząc jego poświęcenie dla sprawy zgromadzenia, całkowicie mu zaufałam. W jednym z listów napisałam między innymi: Będę się starała, o ile możliwości, być ci Ojcze posłuszna i uległa, i wypełniać wszystko, co uznasz za stosowne dla mej duszy i dla osób, które mi Opatrzność Boska może poruczy.

Zarówno z listów, jak i życiorysu autorstwa siostry Pasławskiej wynika, że ksiądz Leszczyński dostrzegł w siostrze niezwykłe dary Boże i jeszcze usilniej starał się o realizację fundacji, która ciągle była hamowana brakiem formalnej zgody biskupa Jasińskiego. Biskup zaś nie mógł dać pozwolenia bez uzyskania zatwierdzenia nowego zakonu przez Namiestnictwo, które z kolei domagało się pełnego zabezpieczenia materialnego klasztoru. A jaki był stosunek okolicznego ziemiaństwa i włościan do sprawy fundacji?

Niezwykle życzliwy i ofiarny. W celu rychłego przybycia do Wielowsi – jak zaczęto mówić – sióstr dominikanek, poszczególne gromady oraz właściciele ziemscy tacy, jak np. Konopka z Zaleszczan, Popiel z Sokolnik, a przede wszystkim ksiądz dziekan Nowicki zobowiązali się do corocznych świadczeń materialnych na rzecz nowego zgromadzenia. Baronowa zaś z hrabiów Szawgoczów obiecała nawet wyjednać protekcję u dworu cesarskiego w Wiedniu.

W tym względzie, jak i zresztą w innych sprawach, Pan Bóg przypomniał mi (a przy okazji i księdzu Leszczyńskiemu), że Jemu trzeba ufać zawsze, bo On nigdy nie zawodzi. To doświadczenie, w późniejszych zmaganiach, bardzo mi się przydało.

Jak wynika z literatury na temat początków waszej fundacji, Siostra z właściwą sobie ufnością płynącą z wiary, a myślę także iż młodości, nie bacząc na to, że niczego nie ma jeszcze czarno na białym, gdy chodzi o powstanie zgromadzenia na ziemiach polskich, podjęła pierwsze kontakty z dziewczętami, które chciały wstąpić do nowo powstającego zakonu dominikanek.

Istotnie, tak było. Od początku byłam świadoma, że aby zgromadzenie mogło zaistnieć, muszą być kandydatki.

Wróćmy jednak do spraw duchowych. Jak w czasie zabiegania o sprawy fundacji kształtowało się wewnętrzne i zakonne życie Siostry?

Na ręce księdza biskupa składałam śluby czasowe i przygotowywałam się do złożenia ślubów wieczystych. Pomagał mi w tym ksiądz Leszczyński, zachęcając do złożenia z siebie całopalnej ofiary. Dużo modliłam się za grzeszników oraz często dziękowałam Bogu za udzielone mi łaski. W tym duchu starałam się żyć. A jaki naprawdę był stan mojej duszy, to tylko jeden Pan Bóg wie. Pamiętam, że miałam wielkie poczucie grzeszności, ale jeszcze większe pragnienie całkowitego oddania się Bogu. Od czasu do czasu wracało także pytanie, jak mam Panu Bogu służyć – na drodze kontemplacji czy też czynu?

O ile pamiętam, miała Siostra na złożenie ślubów wieczystych wyjechać do klasztoru w Nancy?

Do Nancy wyjechałam w marcu 1861 roku. Po drodze złożyłam wizytę hrabinie Tarnowskiej, by jej podziękować jej za wszystko, co zrobiła na rzecz fundacji. Spotkanie to pozostawiło we mnie niezatarte wrażenie. Zobaczyłam w hrabinie poważną panią w dawnym stylu, z której przebijała dobroć i poświęcenie dla innych. W jednym z listów do synów studiujących za granicą - jak mi mówiono - hrabina w 1858 roku, pisała: Z każdego dochodu zróbcie mały udział dla ubogich, których Opatrzność rozrzuca po całym świecie. Zalecenie to nie ma w sobie nic z wielkopańskiego gestu, ale wynika z głęboko ludzkiej i chrześcijańskiej postawy Tarnowskiej. Zresztą taka postawa była w stylu wielu ówczesnych ziemian polskich.

Ale i Siostra, jak wynika z książki S. Serafiny Steinig, zrobiła na hrabinie wielkie wrażenie. Tarnowska patrząc na młodziutką, filigranową postać stojącej przed nią siostry, przez mgnienie oka postawiła sobie pytanie: Za co to dziecko się bierze? Kto jej zlecił takie zadanie? Ale gdy przyjrzała się siostrze bliżej, zobaczyła coś, co ją zaskoczyło. W niebieskich oczach Siostry, gdzieś głęboko dopatrzyła się jakiejś dziwnej siły, która przesłaniała dziewczęcą słabość. Dostrzegła także na twarzy Siostry wyraz troski, który mówił, że tej zakonnicy nieobce jest cierpienie, lecz także determinacja. Bardzo ją to poruszyło. To dziwne, to bardzo dziwne – mówiła w myśli do siebie. Bóg musi mieć w stosunku do niej jakieś swoje zamiary. Ale jakie? Czyżby to było coś więcej niż fundacja? – zastanawiała się. Dziś już wiemy, że było to istotnie coś więcej niż fundacja. To było wskazywanie nowej drogi, jaką w przyszłości będą mogły dążyć do Boga osoby, zwłaszcza zakonne, chociaż, jak pokaże życie, także świeckie. Drogi, na której słabość ludzka wsparta mocą i opieką Bożą może dokonać zdumiewających dzieł.

Być może, hrabina Tarnowska tak… Ale ja nigdy nie potrafiłam czytać w cudzych myślach i nic na ten temat nie mogę powiedzieć, poza tym, że jeżeli było we mnie coś dobrego, to tylko dzięki łasce Bożej.

Po złożeniu tej wizyty, udałam się w dalszą drogę do klasztoru w Nancy. Siostry, z którymi zżyłam się w czasie nowicjatu, z matka przełożoną na czele, powitały mnie bardzo serdecznie, ciesząc się z mego przybycia. Ja również byłam pełna radości.

Po ośmiodniowych rekolekcjach, w obecności matki Marii od św. Róży i ojca Markolina Hue, dominikanina, w drugi dzień Wielkanocy, 1 kwietnia 1861 roku, w czasie Mszy św. złożyłam śluby wieczyste: ślub posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Był to akt zewnętrzny i formalny tego, czym starałam się żyć od chwili, gdy postanowiłam poświecić się Bogu. Równocześnie byłam świadoma i szczęśliwa, że przez ten akt konsekracji zostałam, w obliczu Kościoła, po wieczne czasy wcielona do zakonu dominikanek.

Czy ojciec generał przybył na Siostry śluby?

Niestety, nie. Przysłał tylko list, w którym pisał między innymi: Wielbię z tobą Pana Jezusa za łaskę, którą ci dał, przyjmując na zawsze do grona swych oblubienic, przez złożenie wieczystych ślubów. Błagam Go, by ci zesłał nową obfitość łask, byś wytrwale odpowiadała świętości swego powołania tak, jak ufam, czyniłaś dotąd”. Pisał też, bym jak dotąd informowała go o swoich poczynaniach w sprawie fundacji, a także o trudnościach, których z pewnością nie będzie mi brakowało.

Po złożeniu ślubów, po kilku tygodniach pobytu w Nancy wyruszyłam z powrotem do Polski. Po przybyciu do Przemyśla, 12 maja 1861 roku doniosłam księdzu Leszczyńskiemu, że zostałam formalnie upoważniona przez przełożonych z Nancy do fundacji nowego zgromadzenia. Powiadomiłam go także, że pod koniec maja przyjadę do Wielowsi.

Co Ksiądz Leszczyński zrobił na rzecz fundacji w czasie nieobecności Siostry?

Nadal bardzo zabiegał o ofiarodawców na rzecz przyszłego klasztoru. W tym czasie hrabina Tarnowska przysłała przez swego kapelana, księdza Hędrzaka pisemną deklarację z dnia 12 marca 1861 roku, że ofiarowuje cztery morgi ziemi na przyszłą fundację. W kwietniu tegoż roku moja matka przysłała 520 złr. Od strony więc materialnej sprawa fundacji nabierała rozmachu – przybywało pieniędzy. Gorzej natomiast było ze sprawą rejestracji. Namiestnictwo w piśmie do biskupa przemyskiego z dnia 30 marca 1861 roku donosiło, że z braku pisemnego zapewnienia koniecznego funduszu na utrzymanie członkiń zakonu, wstrzymuje się z przyznaniem zgromadzeniu praw regularnej kongregacji. Nie powstrzymało to jednak moich planów odnośnie realizacji fundacji w Wielowsi.

***

Na zakończenie pierwszej części rozmów dotyczących wczesnego okresu życia Siostry Białeckiej, zwłaszcza od momentu jej decyzji na poświęcenie swego życia Bogu, narzuca się kilka spraw, które w tym czasie już wyraźnie się zarysowały, i do których trzeba się ustosunkować.

Pierwsza, to niezwykła determinacja młodziutkiej Róży, gdy chodzi o wybór Boga. Dla niej nie było alternatywy. Był tylko Bóg, nic nad Boga. Przeświadczenie, że musi należeć tylko do Boga było tak głębokie, iż opanowało ją całą. Nie tylko jej duszę, ale także psychikę i jej soma – ciało. Gdy ojciec powiedział zdecydowanie: Nie!. Młodziutka Róża zapadła na zdrowiu. Na pierwszy rzut oka można było powiedzieć: Ot, fochy dorastającej panienki, lub po prostu: „histeria”. Gdy się jednak przyjrzy jej uważnie i prześledzi ten okres życia, rzecz zaczyna wyglądać inaczej. Nie było w jej postawie niczego z buntu przeciw ojcu, nie było żadnych fanaberii, tylko przeżycie, że oto na skutek ingerencji ojca nastąpiło zamknięcie drogi do celu, który był przed nią. Był to rodzaj śmierci, czegoś, co wyznaczało nie tylko szczególny sens jej życia, ale także odbierało mu wartość, bez której jej egzystencja, niejako z natury rzeczy - poza jej wolą – przestała być możliwa. Czyli, to zrośnięcie się myśli o poświęceniu się Bogu, z jej biologiczną witalnością było tak silne, że Róża z chwilą, gdy ojciec powiedział: Nie! – nie potrafiła żyć. Wydarzenie to mówi, jak głęboko ta myśl przeniknęła Różę. Oczywiście w tym, co przeżywała, można dopatrywać się także Bożego działania. Wnioskując z przebiegu późniejszego życia Róży, taki wniosek rzeczywiście można wyciągnąć.

Inna rzecz, na którą koniecznie trzeba zwrócić uwagę, to zaufanie, jakie Róża wzbudzała u różnych osób już po pierwszym kontakcie z nią. Miała w sobie coś takiego, co od razu zjednywało jej ludzi. Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, co to było. Być może była to jakaś jej wewnętrzna prawdziwość, dająca promieniującą jasność, która tak zniewala ludzi; może była to siła i determinacja, jaką Bóg daje ubogim w duchu, a taką z pewnością była ta młoda i chorowita dziewczyna. Trudno powiedzieć. Jedno jest jednak pewne – że było w niej coś niezwykłego. Ta niezwykłość przy całej jej zwykłości i niepozorności była tak wielka, że zjednywała jej ludzi, i to o dużym doświadczeniu życiowym. Od samego początku urzekła tej klasy człowieka, co ojciec Jandel, przełożony generalny wielkiego i odgrywającego bardzo ważną rolę w Kościele zakonu, jakim byli i są nadal dominikanie. Mało tego, on dla tej zupełnie nieznanej mu, młodej dziewczyny, już przy pierwszym spotkaniu, przewidział bardzo istotne zadanie. Oczywiście miał świadomość, że od razu nic pewnego nie można było powiedzieć. Ale nie zmienił też swego zdania, gdy Róża była w nowicjacie. Więcej, przygotowywał ją do podjęcia zadania. A gdy ukończyła nowicjat i złożyła pierwszą profesję, dał jej wyraźne polecenie, by zajęła się fundacją nowego zgromadzania dominikanek w Polsce. Takie zadania powierza się jednak, w normalnym porządku rzeczy, osobom doświadczonym lub mającym oparcie w jakiejś instytucji. Róża zaś nie miała, ani doświadczenia ani – jak widzieliśmy – oparcia w nikim poza matką, a później w księdzu Leszczyńskim.

Z punktu widzenia czysto ludzkiego, wszystko to było postawione na głowie i mogło się skończyć katastrofą dla tej zakonnicy, o zaledwie rocznym stażu nowicjackim. Dowodzi to wielkiego zaufania ojca generała i nadziei jaką w niej pokładał. Jej urokowi uległa też przełożona z klasztoru w Nancy, a także biskupi przemyscy, zarówno bp Wierzchleyski, jak i jego następca, bp Jasiński. Gdy ta młodziutka zakonnica zgłosiła się do nich i powiedziała o swoich planach – ci bez zastrzeżeń, nie patrząc na jej wiek i dziewczęcą posturę – udzielali jej błogosławieństwa i zapewniali o swej pomocy w realizacji przedsięwziętego dzieła.

Bp Jasiński przyjmował od niej śluby czasowe, bez żadnych referencji przełożonych, mając świadomość, że z punktu widzenia prawa kanonicznego nie było to w porządku. Także dopuszczenie jej do ślubów wieczystych przez Matkę Marię, przełożoną klasztoru w Nancy, opierało się tylko na zaufaniu do niej. Dziś, gdy patrzymy na jej życie, możemy przyjąć, że Bóg prowadził ją swoją drogą, która różniła się znacznie od normalnej formacji zakonnej i kanonicznych wymagań.

Pomimo słabego zdrowia i wielkiej wrażliwości, siostra Kolumba była osobą niezwykle odważną przyjmując na siebie rolę fundatorki, która z czysto ludzkiego punktu widzenia na pewno ją przerastała. Możemy naturalnie tę jej odwagę położyć na karb młodości, która lubi mierzyć siły na zamiary. Nie tłumaczy to jednak wszystkiego. Jej odwagi nie da się wytłumaczyć miarą czysto ludzką. Korzenie jej zdają się – już w tym okresie - sięgać daleko głębiej.

Rzecz ciekawa, że ta młoda osóba potrafiła się obracać wśród wielkich tego świata. Poznała ojca Lacordaire’a i ojca Besson – sławnych dominikanów, a później ojca Semeneńkę, założyciela zgromadzenia zmartwychwstańców. Świadczy to również o jej odwadze jako młodziutkiej nowicjuszki, ale też o domowej kulturze polskiego ziemiaństwa, gdzie młodzież wychowywała się do umiejętności bywania w wielkim świecie.

Z tego okresu życia siostry Kolumby Białeckiej należy jeszcze zwrócić uwagę na pewnego rodzaju wewnętrzny konflikt. Z jednej strony chciała wiele zrobić dla polskiego ludu, a z drugiej czuła pragnienie do życia w klauzurze, czyli do kontemplacji niepojętego Boga. Problem ten praktycznie do końca życia dawał o sobie znać i przybierał różne rozmiary. Starała się te dwie opcje pogodzić, tak w swoim osobistym życiu, jak i w regule oraz konstytucjach, które adaptowała do polskich warunków. Być może – a osobiście jestem o tym przekonany – zderzenie się tych pragnień nadawało jej religijności ciągłą świeżość i owocowało w praktycznym działaniu niezwykłą dynamiką oraz nowym pomysłami aktywności religijnej i społecznej. Claudel, ów wielki dramaturg i twórca teatru kosmicznego zauważył, że ze zderzenia różnych myśli bardzo często pojawiają się nowe, ciekawe i inspirujące idee. Tak też było u Siostry Kolumby.

W omawianym okresie jej życia należy również zwrócić uwagę na niezwykły hart ducha w obliczu przeciwności i cierpień. Aby sobie to uświadomić, trzeba tylko spojrzeć na fakt, gdy jako młodziutka zakonnica przyjechała do kraju, prosząc by jakiś zakon, na pewien czas przyjął ją na mieszkanie, gdyż jako zakonnica nie może mieszkać w domu prywatnym. Wszędzie spotkała się z kategorycznym: nie. Dla młodej zakonnicy było to niezwykle dramatyczne przeżycie. W końcu ulitowały się nad nią siostry benedyktynki, u których zamieszkała. To chodzenie od drzwi do drzwi nie załamało Siostry Kolumby. Z uporem i odwagą szła naprzód, ale ile ją to kosztowało to tylko jeden Pan Bóg wie. To doświadczanie, jakie przeszła w młodzieńczym wieku, bardzo jej się przydało, gdy później przyszły na nią nieporównanie większe cierpienia i trudności.

Można powiedzieć, że ten okres w życiu Siostry Białeckiej obfitował w wiele bardzo istotnych wydarzeń, tak z punktu widzenia jej doświadczenia życiowego, wewnętrznego rozwoju, jak i realizacji dzieła, do którego została skierowana. Myślę, że nie będę daleki od prawdy, jeżeli powiem, że był to dla niej czas trudny, ale też bardzo owocny. Czas dojrzewania do dorosłości w powołaniu i bezwzględnej wierności Bogu.


Czytaj dalej

Do góry